poniedziałek, 10 maja 2010

 

Po niewybaczalnym - trzy-miesięcznym milczeniu powracam, skruszona z podkurczonym ogonem. Potrzebowałam spokoju i ciszy by ułożyć sobie w głowie całe życie. Zamknąć wszystkie nurtujące mnie od wieków zatęchłe sprawy oraz odnaleźć w sobie siłę by zmierzyć się z tymi, które nadejdą. Jednak już jestem i oświadczam wszem i wobec, ze juz sie tak karygodnie nie zapuszczę. Jestem bo moja zahamowana potrzeba słowotoku- przerwała wezbraną tamę i puściła z całym swym rwącym prądem, nie pozwalając mi przemilczeć nagromadzonych przez ostatnie miesiące refleksji...

Od wielu lat, gdyby spojrzeć na wiła ścieżkę mego życia można by z łatwością zauważyć, ze to książki były drogowskazami wskazującymi drogę, co więcej wyznaczającymi nowe szlaki i horyzonty, tym razem nie było inaczej. Jednak zdarzyło się to zupełnie przypadkiem. Nawet co więcej powiedziałabym wbrew moim przekonaniom i upodobaniom, otrzymałam bowiem z góry przydzielony temat pracy zaliczeniowej : "Twórczość Fałata - w świetle jego dzienników i korespondencji" . Pierwsze pytanie kim jest Fałat? Wstyd, po prostu wstyd się przyznać, ale nie wiem.. za Chiny Ludowe nie odpowiedziałabym na to pytanie. Zawstydzona swą niewiedzą wystukałam - w konspiracji, enigmatyczne nazwisko mego oprawcy -na szczęście wiecznie bijące źródełko wiedzy -google , znało doskonale sylwetkę owego jegomościa. Po kilkunastu minutach byłam juz zaznajomiona z Panem Julianem Fałatem, malarzem, patriotą i moim rodakiem - Galicjaninem. Jednak nie ukrywam, wstępny rekonesans nie zmniejszył mojego dystansu do powyższego tematu, sama malarska profesja nie czyni z niego od razu obiektu moich westchnień.

Nie ukrywam, ze nigdy nie lubiłam polskiego malarstwa, które napawa mnie od dawien dawna, smutkiem marazmem i zniechęceniem. Nigdy nie potrafiłam się przekonać do szeregu tych patriotów, którzy zamiast rozlewać swą krew w imię ojczyzny, wzburzali fale gęstej farby i nie szablom a pędzlem przeszywali serca na wylot. Nie dlatego bym uważała ich działania za bezowocne, lecz dlatego, ze patrzyłam na ich dzieła oczami Kasandry.  Dopiero teraz dostrzegam jak bardzo niewidomym wzrokiem wpatrywałam się w te batalistyczne sceny mając za złe autorom, ze nie powalają mnie paletą swych barw, że nie podążają za tropem zachodnich trendów - poszukujących ciągle nowych artystycznych rozwiązań. Nie potrafiłam zrozumieć, dlatego Polscy artyści tak daleko są od bieguna europejskiej doskonałości? Dlaczego gdy w 1874 r Paryż, oburza się na widok impresjonistycznych "bohomazów", które w rzeczy samej powalają doskonałością piękna, my ciągle, bezustannie wręcz -malujemy chłopców, odzianych w przyciasne mundury, ociekające krwią i błotem z rękoma zaciśniętymi na lśniących bagnetach, skradających sie po lasach, czołgających po bagnach, czy leżących na zimnej ziemi w bezdechu wpatrujących się w nas niewidzącymi oczyma.

Tydzień temu wysłuchałam wykładu, na ten temat - jednak nie trafiły do mnie argumenty mojego wykładowcy, chociaż plastyczne i prawdziwe.  Znam Historię Polski, chcąc nie chcąc muszę ciągle o niej czytać i poznawać chronologie i listy nazwisk, zdrajców, bohaterów ideologów, wystawionych na piedestał -półbogów i wyklętych z kart dziejów. Znam topografię viktorii i porażek, jednak ta sucha wiedza nie daje zrozumienia. A bezustannie wdrążane schematy przyczyn i skutków wbrew pozorom niewiele tłumaczą. Tak naprawdę nie wystarczy wiedzieć by coś zrozumieć, czasem braknie w tym wszystkim małej dźwigni, która podważyłaby skostniałe zwały myśli nagromadzone przez lata - własnych wycieczek umysłowych niepodpartych żadną głębszą wiedzą źródłowa, a jedynie zsubiektywizowanymi odczuciami. Dlatego nie zareagowałam na dźwięk historii mojego wykładowcy, który mówił pięknie i barwnie, że nie można malować wschodu słońca, drogi cyprysowej czy arcybarwnej abstrakcji,  gdy ma się na barkach ciężar nękanego niewolą narodu, gdy na wskroś przeszywa człowieka myśl, która nie daje spać ani jeść bez obawy, że któregoś dnia człowiek obudzi się w tych sztucznie wytyczonych granicach i nie będzie juz nikogo kto choćby na dnie serca czułby się Polakiem.

Ciągle jednak nie potrafiłam dostrzec w tym tej szczerej prawdy, prostolinijnego oddania sprawie - dopiero po przerzuceniu kilkudziesięciu stron zapisków wyżej wspomnianego Fałata, który żył, dorastał, kształcił się i tworzył w otoczeniu ludzi, którzy mimo zimna, głodu, i skrajnej nędzy malowali... Dopiero siła jego słów, wiarygodność jego relacji i świadomość, ze nie jest to zbeletryzowana biografia tylko prawdziwa autobiograficzna historia - po raz pierwszy otworzyły mi oczy.  I nie chodzi mi o to, ze nigdy wcześniej nie słyszałam, że ci artyści walczący pędzlem, przelewający swe tęsknoty i nadzieje za wolność swej ojczyzn malowali krwawe glorie, jak Sienkiewicz ku pokrzepieniu serc, lecz o to, że nigdy dotychczas nie dotarło to do mnie na tyle silnie bym mogła przebiegunować swój sposób postrzegania polskiego malarstwa. Lektura wspomnień Fałata poruszyła moją wyobraźnie, miałam okazję drugi raz w życiu przebyć taką podróż posiadającą znamiona niezwykłości, wsłuchując się w ciepły głos malarza, poznałam historie jego przyjaciół po fachu, którzy na przestrzeni kilkudziesięciu stron stali się i moimi przyjaciółmi... Choć nigdy wcześniej nie pojawili się ani na peryferiach moich zainteresowań. Chyle czoła przed XIX wiecznym polskim malarstwem i jego twórcami, bije się w pierś i krzyczę mea culpa...

oczywiście zapraszam do lektury,

Nancy Irving

21:07, awangardastyle , Pani Historyk
Link
czwartek, 11 lutego 2010

Witam Drodzy Państwo,

Mam wrażenie, że jestem Wam winna jakieś wyjaśnienia, któregoś grudniowego dnia nagle ni stąd ni zowąd zaniemówiłam, tak bez słowa. Od mojego ostatniego wpisu - w moim statstykomierzu zarejestrowano 13 369 wejść - liczba ta zobowiązuje mnie do choćby najkrótszego sprostowania.

Po moim wrzesniowym przebudzeniu - aby móc odnaleźć sie na nowo w tym świecie na własnych nie pisanych zasadach. Postanowiłam pójść pracować do lokalu. Chciałam byc blisko ludzi, móc ich obserwować i spróbowac zasymilowac się choćby w najmniejszym stopniu ze społeczeństwem. Próbowałam za wszelką cene wyjść spod pancerza alienacji jaki zarzuciłam dawno temu na swe ramiona. Częściowo udało mi się osiągnąć cel. W pewien sposób przełamałam się, zmieniłam stosunek do otaczających mnie ludzi, spóściłam z tonu. Jednak czułam, że to nie jest mój świat. Pracowałam w lokalu kazdego weekendu przez okrągłe dwa miesiące, Mogłam przyjżeć sie przez ten czas sobie i swoim dotychczasowym poczynaniom. Pracowałam jako kelnerka, mogłam więc poświecać się bez reszty całymi nocami rozważaniom na temat swego zycia i twórczości, oberwować innych i analizowac ich zachowanie. Zadawałam sobie setki pytań i szukałam na nie odpowiedzi.  Obserwowałam wystrojone dziunie w złotych paskach i białych kozaczkach odpalające papieros od papierosa, wygłodniałym wzrokiem poszukujące - jakiegoś apetycznego ciacha na wieczór.. Czy też mężczyzn błądzących mętnym spojrzeniem za przykrótkimi spódniczkami..

Lokalowy świat rządzi sie banalnymi regułami. To świat, w którym nie trudno o moralne zatracenie. Bardzo prosty, nie wymagający głebszej refleksji.  

Paradoksalnie, własnie tam przy jednym ze stolików poznałam człowieka, który  zmienił moje życie niedopoznania. Przez ostatnie dwa miesiące mojego milczenia, byłam najszczęsliwaszą osoba na swiecie. Nie przypuszczałam, ze w tym swiecie zatracającej sie moralności odnajdę mężczyzne, którego system wartości, bądzie tak zblizony do mojego. Przez ostatnie tygodnie - odnalazłam siebie, chciałabym powiedzieć, ze na nowo, jednak nie będzie to własciwe okreslenie, bowiem nigdy nie czułam sie tak dobrze w swojej skórze i sama z sobą, jak to ma miejsce teraz. Nie skłamie gdy napisze, ze teraz pierwszy raz w życiu czuje, ze postępuje właciwie i jestem na własciwym miejscu. Przetasowałam wartości, na nowo skonstruowałam im hiererachie. Mój męzczyzna nadał sens -  dotąd pustym dla mnie słowom, takim jak Miłość czy Zaufanie.  Dziś widze prawdziwy sens swego poczynania - 31. lipca bieżącego roku wychodze za mąż, Dziękuje Bogu za każdy kolejny dzień lepszy jeszcze  od poprzedniego ...

01:15, awangardastyle
Link
poniedziałek, 14 grudnia 2009

Od kilku tygodni zbieram sie by napisać tu o czymś szalenie dla mnie ważnym, o 180-stopniowym obrocie jakiego dokonałam... o przemianie jaka zaszła we mnie. Jednak nie potrafie znaleźć odpowiednich słow by ując je w zdanie i spiąć w akapity...

Jesli je znajde w natłoku myśli, niedopowiedzianych zdniań, przykrótkich smsów, czy strof ciagłego tekstu opowiadających o walecznych kozakach - toczacych bój na Dzikich Polach bezzwłowcznie napisze. Tymczasiem ciagle szukam odpowiedzi na ogrom pytań. Wsród pęku zatłoczonych pytajników - kryją się te naprawde istotne..

Spadł śnieg Moi Mili:)

Pozdrawiam zatem zimowo :*

                          

01:10, awangardastyle
Link
środa, 09 grudnia 2009

Wirtuoz igły! Mój Mistrz i Pan, najkreatywniejszy spośród współczesnych twórców mody - kolejny raz zaskoczył.

Alexander McQueen vintage awangarda

Wyszedł jak to miewa w zwyczaju krok przed orkiestre, sprzeciwiając się - masowości i zwyczajności. Zaprezentował w ramach sprzeciwu swą niebanalną kolekcje - opartą na jednym (ale za to jakim!!) deseniu.

Niemalże całość prezentowanej kolekcji - ozdbił motywem tak zwanej "kurzej łapki" czyli - powszechnie zwanego pepitka:) w wersji mini i maxi:D

Prezentowana Kolekcja poruszyła cały świat mody. Czy Aleksander przesadził?

Jak dla mnie -ani trochę! Moim zdaniem - moda z wybiegu musi posiadać pazur - to coś nieuchwytnego na zwykłej miejskiej ulicy, musi charakteryzować się odwagą i kreatywnym podejsciem. Musi mieć charakter.Być prawdziwym indywiduum, powyższe stroje są nimi bez dwóch zdań. 

 Z wielką chęcią założyłabym każdą z jego wyśmienicie skrojonych kreacji ozdobionych moim ulubionym deseniem! No cóz, byłam pierwsza, przed Panem Aleksandrem, szyjąc sobie tego lata pepitkową bąbkę-spódnicę - z wielkieg wyszukanego w lumpie materiału w kurzą stópkę, którego swoją droga jeszcze troche mi zostało. Moze nadszedł czas, żeby spożytkować go do końca? Moze któregoś dnia gdy znajdę dość motywacji - uda mi sie obić nim buty?

życzę kreatywnego miesiąca,

pozdrawiam cieplutko:*

Nancy Irving - w kryzysie twórczym,

 

 

18:35, awangardastyle , Z wybiegów
Link
sobota, 05 grudnia 2009

Nic prostrzego:) wystarczy zakupić sobie - bajecznie kolorową, kunsztownie zdobioną świneczkę marki: Ritzenhoff - bez mozliwości wyciagania pieniędzy spodnim otworem...

Wydaje mi się, że żal rozbijać takie dzieło sztuki!

zródło:http://czerwonamaszyna.pl/swinki-skarbonki-ritzenhoff-piggy-bank,643,cat.html

Tak, rozglądam się za prezentami światecznymi. Uwielbiam designerskie dodatki, retro akcesoria, Vitage buty i oldschoolowe gadżety. Jednak w tym roku postanowiłam zrobić coś znacznie kreatywniejszego niż - zakupy w internecie wieńczące kilkunastogodzinna przeprawę po galeriach on-line...

W tym roku prezenty- będa owocem mojej twórczości na ile tylko będzie to mozliwe. I Was tez zachęcam do kreatywnego działania.

Chyba, że ktoś z Was dysponuje taką gotówką - by zakupić sobie interaktywnego dinozaura... Swoją drogą, przeraza mnie ta myśl, ze mozna kupic dziecku mechaniczne zwierzątko, które nie jak Ferbi czy piesek Puchi mruczy, wibruje, czy szczeka, ale które rusza sie, reaguje na dotyk i głos, którego reakcje - są imitacja prawdziwego zycia... Aż oczyma wyobraźni dostrzegam apokaliptyczną wizje swiata pozbawionego prawdziwej czułości i przywiązania. Bo jak kochać Robota? Chocby tak slicznego jak ten zachwycający Dino? Boże jakie biedne będą dzieci II połowy XXI wieku, pozbawione żywych piesków, kotków i chomiczków... Otoczone uzurpatorami, ładowanymi na batarie. 

 

Zródło:http://www.2future.pl/Produkt/272/pleo

Całuje Grudniowo:*

 

13:44, awangardastyle , Design - wnętrza
Link
czwartek, 03 grudnia 2009

Za mną burzliwy tydzień. Grudzień to w mej świadomości już koniec semestru. Zapaliła się w mojej głowie czerwona lampka kontrolna. Staje więc na uszach by w jak najkrótszym czasie pozamykać wszystko. Kilka prac semestralnych - zostało już niemalże zakończonych. Jedną z nich jest wspomniana jakiś czas temu kwerenda prasoznawcza. Moim zadaniem było, przejrzeć wszystkie numery Dziennika Zachodniego z roku 1952, a dokładniej z drugiej jego połowy oraz przeczytanie artykułów sportowych z naciskiem na piłkę nożną i sposób jej opisywania na tle ówczesnych wydarzeń politycznych.

Tak więc czytałam.. aż dźwięczało mi w uszach :Włókniarz Łódź, Unia Chorzów, Dynamo Kijów, Kolejarz Warszawa, Górnik Radlin, Ogniwo Bytom...

Naklnełam sie jak szewc, myśląc o tym zadaniu... Nie uśmiechało mi się dawać nura w zatęchłe prl-owskie czasopisma. Jednak nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło!  Jak to zwykle u mnie bywa, znalazłam - sporo pozytywnych aspektów:) Im dłużej wczytywałam się w te komunistyczne hasła, tym więcej miałam z tego radochy i nie mówię tu tylko o perełkach językowych typu: "piłkarze rowerowi" czy "lustracji pól" ale przede wszystkim o stronie merytorycznej tych teksów i ich nieziemskiej propagandzie.

Gdybym tak nie znała polskiej historii, nie wiedziała czym był komunizm i jakie "dobrodziejstwa" z sobą niósł, to po przeczytaniu kilku stron ów Dziennika - mogłabym uznać, że trafiłam do najprawdziwszej Idylli! Krainy mlekiem i miodem płynącej, gdzie każdy obywatel miłuje braterskim uczuciem współobywateli, gdzie nikomu niczego nie brakuje praca i sport - są najwyższymi wartościami - dla, których wzorzec czerpiemy od naszych "radzieckich braci". Tylko czasem - okrutni i źli chuligani, obrzucą śnieżkami samochód, zaparkowany pod najwspanialszym gmachem wybudowanym w socrealistycznym klimacie...

Zdarzało się też, że - jak atrament na śnieżno białym jedwabiu - pojawiała się plama grozy! : źli, krwiożerczy, kapitalistyczni, wyzyskiwacze - Amerykanie.. , którzy zawsze faulują, źle sędziują i pragną zatruć świat - za pomocą coca-coli:) ...

Czyta się to fantastycznie i naprawdę szczerze polecam, wszystkim fanom "Misia", "Alternatyw 4" czy "Czterdziestolatka".  Jednak zalecam - dawkowanie w małych ilościach:) Ja wysiedziałam swoje 11 godzin. wprawdzie na raty - ale bez względu na wszytko, zrobiło to swoje. Potrzebowałam trochę czasu, żeby powrócić do rzeczywistości ...

Nie mniej jednak, w związku z tematem zapragnęłam pójść na prawdziwy mecz:) Nie będzie to co prawda - ten ekstatycznie opisywany zwycięski mecz Unii Chorzów z Ogniwem Bytom, z roku 52' jednak liczę na to, że da mi on namiastkę tej literackiej upojnej fikcji.

piątek, 27 listopada 2009

              nancy irving stylistka nikon

- odezwe się wkrótce, mam Wam coś do opowiedzenia.

Insomnia.

 

02:13, awangardastyle
Link
niedziela, 22 listopada 2009

Gdy docieram na pierwsze piętro, przed moimi oczyma ukazuje się wielka, doskonale oświetlona sala, której wnętrze jest zupełnie puste. Obchodzę ją kilka razy, wyglądam przez monstrualne dwu-skrzydłowe okna i udaje sama przed sobą, że podziwiam francuski ogród, na który z miejsca w którym stoję roztacza się niczym nie zmącony widok. Udaje, że podziwiam-  bo w rzeczywistości, błądzę myślami po salach, walczę sama z sobą . Toczę bój z lękiem jaki na nowo mnie ogarną, panicznie boje sie rozczarowania... Kilka minut stoję tak, jak słup soli i wpatruje się w symetryczne alejki, kunsztownie przyciętych żywopłotów, gdy podniecenie opada decyduje się iść dalej.

Idę w prawo, przecinając piękne, oświetlone porannym słońcem zamkowe komnaty - pełne dzieł wielkiego formatu. Rzucam przepraszające spojrzenie Egonowi Schile i Oskarowi Kokoshce i idę dalej. Gdy przekraczam kolejny próg - ogromnych 4 metrowych drzwi - przed moimi oczyma - ukazuje się On! Zamknięty w szklanej klatce - do złudzenia przypominającej akwarium stoi samotnie na środku sali, wyraźnie wywyższony ponad innymi. Nie jest jednak jedynym obrazem Klimta w tym pomieszczeniu, wszystkie pozostałe ściany zdobią pomniejsze jego malowidła.

Komnata jest spora. Ja stoję krótką chwilę w progu, po czym niepewnie siadam zaraz przy wejsciu na wyścielanych czerwonym aksamitem, iście królewskich krzesłach o drewnianych pokrytych brązową bejcą, rzeźbionych nogach. Siedzę tak w bez ruchu i szczerze nie wiem co zrobić. Myślę, że ten paraliż umysłowo-ruchowy trwał dobrych parę minut, bowiem gdy się ocknełam, pani ochroniarz wpatrywała sie we mnie dziwnym, lekko zaniepokojonym wzrokiem.

Siedziałam - tak na tym krześle pod oknem, tuz obok wejścia - a po przeciwnej stronie sali w odległości jakiś 20 metrów wisiał "Pocałunek" Gustawa Klimta. Nie miałam odwagi podejść. Postanowiłam, raz jeszcze przejżeć wszytkie opracowania jekie z sobą zabrałam. Tak więc z właściwą sobie gracją, wysypałam wszytkie książki na wykładane aksamitem siedzenie tuż obok.. i powoli wczytywałam się w opinie historyków sztuki, biografów i amatorów. Na koniec wziełam raz jeszcze do ręki "malowany pocałunek" i przeczytałam kilka kolejnych rozdziałów, w których Gustaw maluje, opowiada o treściach jakie pragnie zawrzeć w tym nurtującym go od dłuższego czasu motywie, a także o wystawie i odbiorze dzieła przez twórców Malarzowi współczesnych. Przerzucając kolejne kartki, co jakiś czas kontrolnie podnoszę głowę i spoglądam na obraz, weryfikuję każde kolejne zdanie tekstu. Widze dokładnie, twarz kobiety i barczystego mężczyznę silnie obejmujacego ją swoim ramieniem.

Gdy przeczytałam juz wszytko - co tylko mogłam na temat obrazu i jego interpretacji schowałam opracowania.  Wyciągnełam tylko cienki, 32 stronicowy, kratkowany zeszyt i patrząc na obraz zaczęłam notować wszytko co przyszło mi do głowy. Pisałam nieskładnie i brzydko, spiesząc się by żadna myśl nie uleciała mi w eter... Pisałam równoważnikami zdań, w które trudno było mi upchać wielokrotnie złożone, zawiłe konstrukcje myślowe jakie z chwili na chwile impulsywnie nawarstwiały się w mojej głowie.

pocałunek klimta gustaw klimt secesja emile flog

Zastanawiałam się uporczywie co tkwi na tych kilku metrach kwadratowych pokrytych kilkudziesięcioma warstwami farby i złota czego by nie było na innych obrazach?

Czym zasłużył sobie "pocałunek" na taką sensacje, jaką stał się faktycznie na wystawie secesjonistów w roku 1908 ?  co sprawiło, ze sama Emil Flog dopchała sie do obrazu dopiero pod sam koniec wystawy, podczas, której tłumy nie odstępowały go na krok. A przede wszytkim niezmiernie zastanawiam mnie co spowodowało, że w sto lat po pierwszej prezentacji dzieła, obraz ten bije rekordy popularości ? Dlaczego właśnie jego reprodukcje  zdobią filizanki, kubeczki, kalendarze, notesiki, piórniki, zastrugaczki, zapałki i zapalniczki, popielniczki, zasłony, świeczniki, pudełka, pozytywki a nawet (o zgrozo!) uchwyty do papieru toaletowego i mydelniczki...Nie mówię już o tandetnych kolczykach, broszkach i naszyjnikach ozdabianych klimtową reprodukcją.

Siedzę tam i zastanawiam się jakie figle płata człowiekowi los. Jeszcze rok temu, szczerze nienawidziłam Klimta z całym jego " tandetnym złotym polotem" . Nienawidziłam go za -to, że był wszędzie, nie można było spokojnie wyjść z domu by nie natknąć sie na jakiegoś pożal się Panie Boże, śmierdzącego tandetą i brudnym złotem klimta. Odbijało mi się juz breloczkami i pocztówkami powielającymi dzieło Gustawa. W sumie - kultura masowa, wytarła sobie nim tyłek, spłaszczyła do granic możliwości, zdeformowała a następnie okleiła nim cały zachodnio-europekski świat, a biednemu Gustawowi, nieżyjącemu od ponad 90 lat oberwało sie po uszach.

Czy właśnie tego chciał tworząc Pocałunek?

Pocałunek jest alegorią miłości - ma pobudzać do refleksji. Niesie z sobą merytoryczny i aksjologiczny ładunek. Natomiast klimtowe dzieło w powielonej w setkach milionów egzemplarzy, niedoskonałej fromie stało się jedynie zdobnikiem, dodatkiem do czegoś czego stało się integralną cześcią. Nie niesie z sobą już żadnego ładunku emocjonalengo, przecież nie rozdrabniamy się na drobne przed okładką zeszytu. Nie analizujemy treści. Nie interperujemy gestów i składowych elemetów czegoś co otacza nas na codzień. To było by sprzeczne z naturą człowieka.

Patrzę na obraz Klimta i wiem, że nie dostrzegłabym w nim nic ponad to co widzi każdy inny, odwiedzający tą salę zwiedzający, gdybym nie przebrnęła prze lekturę "malowanego pocałunku". To ona przybliżyła mi sylwetkę Artysty, nadała mu ludzką twarz. Spełniła doskonale moje oczekiwania- pozwoliła choc na chwilę poczuć namiastkę jego świata.

Patrze na obraz i wiem, że obejmująca się para - w pierwotnym zamyśle autora, miała być autoportretem przedstawiającym Artystę w miłosnym uścisku z wieloletnią przyjaciółką Emil Flog. Autoportret ten byłby swoistą deklaracją -miłości malarza do sławnej projektanki. Sama Panna Flog - pozowała mu nawet do obrazu. Ostatecznie jednak Klimt nie odważył sie na taki krok, na kilka dni przed ostatecznym ukończeniem dzieła zmienił rysy twarzy kobiety, nawet jej dłonie zostały zmienione, a w ich miejscu pojawiły się skostniałe, wykręcone paraliżem palce Adel Bloche-Bleur. Barczysty, wysoki mężczyzna z obrazu - równiez w niczym nie przypomina, raczej niskiego, krasnalowatego malarza.

To kamuflaż, unifikacja. Autor zdawał sobie sprawę z tego, że tylko nierozpoznawalne postacie będą w stanie unieść na swych barkach - powierzone im zadanie i nieść przez wieki brzemię alegorii. Rozpoznawalne postacie - zmąciłyby przekaz, skupiając widzów na najpłytrzej swerze obrazu.

Patrzę zatem na obraz -jako alegorię miłości, najambitniejsze wyzwanie jakiego podjął się Klimt. Patrzę i widzę, że brak tu równowagi, ze krucha kobieta balansuje na krawędzi, podtrzymywana - jedynie dzięki silnym ramionom mężczyzny, który w przeciwienstwie do niej twardo stoi na kwiecistej murawie. To on decyduje o jej istnieniu. Z łatwością mógłby puścić kobietę a ona wówczas, przepadła by w ciemnościach ciagnącej się po prawej stronie dzieła przepaści... A mimo to ta krucha istota, ufnie oddaje sie w jego ręcę. Pełna wiary rozpływa się w jego pocałunkach. Jej mimika zdradza wszytko- jest zupełnie naga emocjonalnie, w przeciwieństwie do mężczyzny, którego poza doskonale maskuje jego emocje. Czy to przypadek, że Barczysty Czlowiek skrywa swoją twarz?

A nienaturalnie wykrzywiony kark? Gdyby to nie pędzel Gustawa dał życie temu mężczyźnie mogłabym podejrzewać artystę o brak znajomości ludzkiej anatomi, jednak tu jestem pewna, że to znak, trop do interpretacji. Dla mnie do symbol zwyrodnienia. Konieczność deformacji własnego ja, by móc dostosowac się do swego partnera. ..

Gdy udaje mi sie wyrzucić z siebie już wszytkie kotłujące się myśli. Czekam jeszcze chwilę, zarzucam torbę na ramię i powolnym krokiem podchodzę do obrazu. Staję przed nim i z ulga widzę, że nie przybyłam tu na marne. Kolory uderzają we mnie swą intensywnością, a złoto posiada najszlachetniejszy odcień - nie mający nic wspólnego z reprodukcyjnym mosiężnym odcieniem, przypominającym ruskie, targowe klamki. A tło? powala na kolana, w życiu nie widziałam takiego na żadnej z kart. Tło przypomina noc, czarną i złowrogą, rozswietloną milionem drobniutkich jak pył gwiazd. Stoje tak chwile i wyobrażam sobie wszystkie sceny jakie mogy dziać się przed tym obrazem przez te 101 lat dzielące mnie od powstania dzieła...

Póżniej odchodze cicha i zamyślona, plączę się jeszcze kilka godzin po bajecznie wystrojonych salach, w których nic mnie juz nie zachwyca. W ostatnim odwiedzonej przeze mnie pomiszczeniu, mieści się sklep z upominkami, z tysiącem wspomnianych powyżej reprodukcji. Spoglądam z żalem na obkupujacych sie w tych rozmaitościch japońców i życzę im w duchu, by kiedyś tu wrócili i mogli zabrać z sobą na pamiatkę tak pełne jak moje głębokie przeżycie.

Gdy wychodzę jest jeszcze jasno. Włóczę więc powoli nogami, po francuskich symetrycznych alejkach - barokowego ogrodu i zastanawiam sie uslinie, czy kiedyś bedę mogła z tak niezmąconą niczym ufnością oddac się ręcę mężczyzny...

 

23:15, awangardastyle , z podrózy
Link

Dziękuje bardzo, za wyróznienie jakim jest - umieszczenie linku do mojego bloga, na gównej stronie portalu Gazeta.pl. O moim najszczerszym zaskoczeniu- świadczy moja niekompetencja pisarska. Przepraszam Was drodzy czytelnicy - za natłok błędów, z bólem serca musze przyznać się - do bycia ortograficznym ignorantem.

Pragnienie wyrzucenia z siebie kotłujących się emocji i refleksji - bierze góre nad rozsądkiem i dokładnością.

Obiecuje poprawę i raz jeszcze najmocniej przepraszam.

pozdrawiam cieplutko

Nancy Irving

 

 

18:28, awangardastyle
Link
sobota, 21 listopada 2009

To niesamowite, na co pozwalają nam udogodnienia XXI wieku. Jak błyskawicznie - możemy się przemieszczać z miejsca na miejsce... Wróciłam w piątek w nocy z Wiednia, a już rano - po 46 minutowej przeprawie autobusem lini J przemierzałam zakopcone katowickie ulice. Odwiedziłam zajeżdżający komuną wydział nauk społecznych, uczestniczyłam w dwóch równie nużących zajęciach z psychologii i pedagogiki, które z racji specjalizacji, którą obrałam - atakują mnie co tydzień - fascynującymi tematami o patologiach społecznych, samobójstwach i zwyrodnialstwach. Co nie ukrywam wpływa - zaiste wielce ożywczo na - poranny piątkowy nastrój.

W południe - realizowałam nowe fantastyczne - zadanie z nauk pomocniczych historii - polegające na - przerzuceniu wszytkich numerów Dziennika Zachodniego z II połowy 1952 w poszukiwaniu artykułów sportowych - z naciskiem na piłkę nożną.  Tak tez mi zeszło całe popołudnie, na czytaniu makabrycznych komunistycznych tekstów w zadziwiającym pomieszczenieniu, ukrytym gdzieś w katakumbach - biblioteki ślaskiej. Nagłówki  z czasopisma bombardowały mnie hasłami "NIE Skropiono Ulic przed zamiataniem! - MPGK juz nad tym pracuje" albo "Lustarcaja Pól Uprawnych - w poszukiwaniu Stonki Ziemniaczanej"... Makabrycznie blazujące psychikę zdania - uświadomiły mi jak odmienną rzecz - od tej , ktorą obecnie sie zajmowałam - robiłam jeszcze niecałą dobę wcześniej..

Spędziłam czwartkowe popołudnie - na realzacji jednego ze swych najświeższych marzeń - spotkaniu z Gustawem. Udało mi się:) Dotarłam do Zamku - zwanego Belwederem, gdzie kryją sie najszlachetniejsze austriackie zbiory. To był naprawdę fantastyczny dzień, słoneczny i ciepły. Wstałam rano zmęczona, po niemalże zupełnie nie przespanej nocy - ale prędko ocuciła mnie myśl; szybki jak błyskawica impuls :"dziś spotkasz Gustawa!" . Nie zerwałam się jednak na równe nogi, wręcz przeciwnie, ociągałam się jak nigdy, ciesząc słońcem i napawając samą świadomością czekającej mnie przyjemności.. Chciałam by ten stan błogiego niebytu roztaczał się w mej świadomosci jak najdłużej.

Gdy wysiadłam z metra, nie spieszyłam się wcale na tramwaj. Postanowiłam umilć sobie dzień do granic możliwości - obeszłam więc wszytkie cukiernie, w podziemiach stacji na Karlsplacu (a uwierzcie mi jest ich wiele) i nie licząc kalorii - zedecydowałam się na coś słodkiego, miałam tylko jedno kryterium: niech to będzie coś czego jeszcze nigdy dotąd nie jadłam. Ostatecznie wybór padł na jakiś zielony placek - prawdopodobnie z dyni, trójkątny i nieporęczny. Skazana na widelczyk, dłubałam powolutku w cieście, krocząc wolniutko w stronę przystanku. Tramwaj był stary, stylowy i nie ukrywam - szalenie spodobał mi sie od pierwszego wejrzenia. Prawdopodobnie nie było w  nim nic nadzwyczajnego, jednak - świat wydał mi sie jeszcze piękniejszy z szyb torowego pojazdu stylizowanego na XIX wieczny.

Nic na to nie poradze, że uwielbiam miasto o poranku, bez względu na to czy są to Katowice, Jaworzno czy Wiedeń.. Ubóstwiam ten czas gdy leniwe słońce, przytula delikatnie świat swymi ciepłymi ramionami. Lubię obserwować ludzi, rozespanych i nieporadnych, którzy jak dzieci po omacku, próbują się odnaleźć w nowo narodzonym dniu. Bawi mnie ich poranne rozdrażnienie, czuję nad nimi swojego rodzaju przewagę, mam to bowiem szczęście, że zostałam obdarzona darem - wstawania z uśmiechem na ustach. Nie mam pojęcia po kim odziedziczyłam taką przypadłość, ale nie mniej jestem za nią ogromnie wdzięczna... Może dlatego tak bawią mnie te jesienne poranki, kiedy mogę z pełną świadomością i szeroko otwartymi oczyma oglądać budzący się do życia świat, gdy tymczasem ludzie tuż obok, w autobusie jeszcze słodko drzemią bądź marudzą pod nosem.

Jechałam tak zadowolona, tramwajem lini D- przez budzące się do życia miasto, radosna i szczęśliwa, z sercem wypełnionym po brzegi  nadzieją - na przeżycie prawdziwej duchowej ekstazy...

Gdy dotarłam na miejsce i stanęłam przed frontowym wejściem do Belwederu - opusciła mnie błogość, poczułam strach.  Tak jak zawsze, na chwilę przed realizacją marzeń powstrzymuje mnie dziwny lęk, który każe mi się zatrzymać i zastanowić, czy naprawde tego chce? A może to nie jest dobry dzień? Może innym razem? A co jeśli się rozczaruje? Nie doświadczę tego czego szukam? Spotkam się z wyblakłym kolorem i spłaszczoną perspektywą? Co jeśli nie znajdę głębi...

Zalało mnie z nienacka to morze niepokoju. Stałam jak mała dziewczynka, przed wielkim Barokowym Zamkiem, który rzucał na mnie złowrogi cień. Poczułam się jak postać z kresków. Oczyma wyobraźni zobaczyłam siebie jak stoję taka mała, bezradna - kreskówkowa, pokraczna niczym Bany Cukino z wielkimi jak brukselki oczyma, pokryta tym monstrualnym cieniem, który okrył mnie całą jak lodowy płaszcz. Zimny dreszcz przebiegł po mych plecach. Ocknełam się. I już  po chwili wolna od z tych dziecinnych wizji, wraz z napływem nowych sił - wpadłam jak burza do kasy, prosząc " one ticket for a student" .. i pobiegłam na oślep korytarzem w prawo.  Liczyłam na instynkt, ambicjonalnie bez przewodnika - chciałam odnaleźć Klimta sama..

Znalazłam się w pieknie zdobionej barokowo sali, której przepych był przytłaczający. Dookoła mnie znajdowały sie same - religijne motywy. Szybkim krokiem przeszłam dwie kolejne sale, czując wzrastające napięcie... Malarstwo sakralne, jakkolwiek piękne, estetyczne, alegoryczne i mistyczne by nie było - nie przemawia do mnie!

"Nie! nie zniose tego.."- pomyślałam w pewnym momencie, widząc jak maluje sie przede mną kolejne pięć pomieszczeń równie zdobnych, pompatycznych i przeładowanych sakralnymi obrazami, które tak koszmarnie gryzą sie ze sferą profanum emanujacą z bogactwa wspomnianych pomieszczeń. Odwrociłam się na pięcie i wybiegłam...

W głównej sali, obok kas zaczepiłam ochroniarza, porzucając wizje samotnych poszukiwań- zapytałam "gdzie jest Klimt? " - a on uśmiechnął sie i pokazał palcem do góry - "You must go up on stairs , lady" ... nie trzaba mi było dwa razy powtarzać:)  trzydzieści sekund pózniej z wypiekami na twarzy, zdobywałam szczyt tych niebotycznych, rozlazłych na wszytkie strony rokokowo- ociekających złotem, marmurowych schodów. Czułam, że jeszcze tylko kilka ścian dzieli mnie od "Pocalunku"...

cd. nastapi

17:30, awangardastyle , z podrózy
Link
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13