czwartek, 19 listopada 2009
wtorek, 17 listopada 2009

Zgodnie z Planem - odwiedziłam dzis Kunst Historishes Museum. Nie powaliło mnie na kolana, Nie zawyłam do ksiezyca... nie doswiadczyłam rozbicia na drobny pył. Odwiedziałam KHM z rozsądku, z potrzeby zobaczenia chociaz raz w zyciu takich klasyków jak Peter Brougel Starszy, Canaletto, Caravaggio, Diego Valazgues, Durer, Rubens, Rembrant i Vermeer. Chciaz tak naprawde do KHM - przygnał mnie gustaw, którego freski na sufitach zdobią sale z eksponatami pełnymi antycznych zbiorów - gromadzonych skrzetnie przez wieki za sprawą Habsburgów.

 

23:09, awangardastyle , z podrózy
Link

 

Za mną dłuuugi, bogaty w wrażenia dzień. Wczoraj wieczorem - zapakowałam walizkę i wyruszyłam o 18 w podróz do Wiednia.
Pakowałam sie przez cały dzien, nie poswiecajac na tą czynność jednorazowo wiecej jak 30n sekund.. i tak uzbierało mi sie w koniu całe wyposarzenie. Torba była szalenie ciezka. Wziełam z soba tylko kilka rzeczy, za to wina, polskie prawdziwe jedzenie, i ksiazki o malarstwie robiły swoje..
W biegu załadowałam latarkę do ręki - i w wpakowałam sie do busa, który zajechał pod dom zadziwiająco punktualnie. Siedziałam z tyłu między pólspiacym mężczyzną a całkiem spiącą kobietą. Z moja mini -latareczką swiecącą obleśnym jarzeniowym switłem wpadającym w niebieski koloryt, oswietlałam kserówki tekstów o reformacji w Niemczech i odrażającej wojnie chłopskije.. wytrzymałam pól godziny, przleciałam kilkanascie stron, pobierznie zaznaczyłam obszerne partie tekstu i z premedytacją zasnełam. Obudziłam sie własciwie na miejscu. Jak przez mgłę pamietając dwa postoje. opatulona swetrem z komórka kurczowo zacisnięta w dłoni przespałam całe 5 godzin. Na miejscu - gdy kierowca wyrzucił mnie na austriacka ulice - poczułam sie jak baba z targu - z pięcioma tobołami. Przeklinałam w duszy swą nieumiejętność pakowania , a moze własciwie - powstrzywania sie od zabierania wszytkiego co "mogłoby się przydać" . Na miejscu przywitali mnie ciepło moi przyjaciele. Otworzyliśmy prędko buteleczkę winka i szybko wymienialiśmy się informacjami, jak to maja w zwyczaju ludzie, którzy lubia mówić, dużo mówią i rzadko, albo zbyt rzadko się widzą:)
O trzeciej nad ranem niepochamowany słowotok mój i mojej Martuchy - pochamował się a ja - uswiadomiłam sobie, ze jestem jedna ręką w nocniku..

 


Przedemną Referat - który już za 6 godzin ma być przeczytany na zajęciach. Martucha poszła spać a ja? Przeklinając na głos jak szewc całą reformacje i piepszonych chłopów, którym zachciało się buntować - a także siebie za swoje złe zorganizowanie... zaczełam pisanie.Pisałam i pisałam. Az dotrwałam do końca - o 6, 18 referat był gotowy. wysłałam go -mejlem i zasnełam w obraniach, owinieta szalikiem z kołdra zasłaniającą głowe sniłam jakies koszmary - dopuki z tego obrzydliwego letargu nie wyrwał mnie budzik o 9, 11. Przeciagnełam sie spokojnie, doprowadziłam do porządku i wypiłam z Marcią poranną kawkę. O 11 poinstruowana co do trasy, przesiadek i bezpieczeństwa, zostałam wsadzona do Metra i rozpoczełam swą samotna podróz w głąb literackiego świata.

...

Ide powolnym krokiem do Kwadratu Muzeum, ogladam świateczną wioskę- która własnie zostaje rozbudowywana- pomiedzy dwoma bliżniaczymi Muzeami stojącymi naprzeciw siebie, między nimi na samym środku widze dumnie zasiadającą na tronie  Królową Marie Terese. Dla Niej czas okazal się łaskawy, jedynie zielonkawa patyna pokryła jej ciało, jej sylwetka nadala wydaje się równie energiczna jak za czasów swego panowania. Wziesona ku niebu prawa ręka sugeruje, ze królowa mimo upływu lat ciagle czuwa nad swoim miastem i jego mieszkańcami.

Usmiecham się do niej zdawkowo i odwracam na pięcie. No cóż Teresko, nie dla Ciebie tu przybyłam. Wyciagam z torby przepełnionej po brzegi ksiązkami o malarstwie, najwierniejszego kompana podrózy - Dyżka. Dyzio trzyma się mnie grzecznie, jak mały chłopczyk, kurczowo trzymając mojej lewej ręki.

Narzekam na dyskomfort - jakim napawają mnie skórzane rękawiczki, jednak to dla bezpieczeństwa. Przyjechałam do Wiednia, w samym środku Pandemii Świńskiej Grypy - byc moze jestem lekkoduchem, ale niewiele się tym przejmuje. 30 tys osób zachorowało w Austrii, w tym 10 tys w samym wiedniu, to sporo biorąc po uwagę, że w Polsce zalediwie 300 osób dosięgła ta nowa wirusowa infekcja.

 

Jednak starm się o tym nie myśleć. Nie! - nic nie zepsuje mi planów. Mojego wyczekiwanego urlopu od Polski, pracy, szarej codzienności i prozy zycia.

Zaraz za pomnikiem dumnej Marysieńki skręcam w prawo wprost pod frontowe drzwi Kunsthhistorishes muzeum kilkoma zwinnymi krokami wspinam się po jego wspaniałych, szerokich iście ksiązęcych schodach i z radoscią zapoznaje się z cennikami, tylko po to by 30 sek. pózniej uświadomić  sobie, że dziś poniedziałek...

i dzis każde muzeum w tej czesci świata jest prawdopodobnie zamkniete..

Ku mojemu zdziwieniu wcale nie jestem zła, pokrzyżowało mi to plany, ale tak naprawdę - napawa mnie to radością. Ostatnie miesiące nauczyły mnie , że nie warto planować wszystkiego od poczatku do końca, a juz przede wszystkim nie należy do własnych planów się przywiązywać.

Tak więc wolna, wyzbyta planu , siadam na ławce, przy ruchliwej ulicy Babenberger-strase, co przypomina mi o znamienitym rodzie szlacheckim, spokrewnionej z Habsurgami. Odrzucam jednak swiadomość historyczną, nie dla niej tu dziś jestem.

Siadam na drewnianej ławce, fotografuje ulice, obserwuje ludzi, tchne zycie miasta, zastanawiam sie dokąd idą ci ludzie?, skąd wracają? co dzis mają w planach..

Wiem doskonale gdzie jestem, za plecami mam budynek Kunshhistorishes Muzeum, a tuz obok niego  - Leopolds-Muzeum, gdzie czeka na mnie jutro obraz Muncha..,po mojej prawej ciągnie się najdłuższa ulica handlowa tego miasta - Mariahilfe-strase, trzy wielkie h&m, Humanic-i, Bat-y, C&A-itd Obchodzi mnie to dzis tyle co ta swiańska grypa, nie jestem tu dzis w roli konsumenta, zreszta ostatnimi czasy, żadko nim bywam.

Przyjechała tu dla pewnego mężczyzny..tak drodzy państwo.Przygnała mnie tu miłość do secesji, którą rozbudził we mnie tego lata Gustaw Klimt.

Przypadkiem wybierając sie tutaj w lecie, wstapiłam do biblioteki. Chciałam wziąść z soba ksiązkę, która pomorze mi poczuć miasto na własnej skórze, stać się jego częscią. Chciałam zostać wchłonięta bez reszty.. I udało mi się to, nie ukrywam zupełnym przypadkiem wybór padł na Klimta. Malarstwo nigdy nie było mi obce, kojarzyłam, ze ów Gustaw zył w Wiedniu, wiec poprosiłam jakąś biografie malarza, Pani przyniosła mi kilka egzęplarzy. Jedna z nich była zbeletryzowana - stwierdziłam, ze to kapitalne rozwiazanie, wiedziałam, ze nic lepiej nie pozwoli poczuć mi klimatu miasta niz powieść, której akcja toczy się w jego łonie.

Tak poznałam Emile Flog,projektantkę ubioru oraz całą bohęmę artystycznego półświatka wiedeńskij secesji, której przedstawiciele stali mi się bliscy jak przyjaciele.

Przez lekturę : "Małowanego Pocałunku" czułam  wiedeńska secesję jak nic doychczas. otworzyło to przedemną nieznane dotąd wrota - świata malarstwa i sztuki współczesnej, ogladane zgo z innej perspektywy, z inną swiadomością.

 

Dlatego własnie jestem tu dziś po raz kolejny, Dlatego wróciłam do tego niezwykłego miejsca - dla niektórych będącego stolica muzyki, dla innych mofantastycznej opieki socjalnej, dla historyków miejscem egzystencji dynsti Habsburskiej i sceną dla najważniejszych politycznych wydarzeń Europy okresu nowożytnego..dla mnie jednak to przede wszytkim miejsce gdzie zył i tworzył Gustaw. miejsce gdzie rozwijała się miłość Emil Flog i Klimta.

Chowam aparat i wyciagam na kolana ""Malowany pocałunek"

rozgladam sie dookoła i mam wrażenie, ze widze stąd , z mojej przypadkowej ławki okna pracowni Emil.

Otwieram ksiązkę na hybił trafił, bowiem w całym swym bezmyslnym szale - pochłonełam ją nie robiąc żadnych notatek. Staram sie teraz usilnie wpaść na trop - chce jeszcze raz literacko odwiedzić miejsce akcjii. Strzał w dziesiatkę, strona 217.. chłone szybko każdą literkę, kazde zdanie.. Emil jest narratorką opowiada:

"Wynajelysmy dwa pietra w Cosa Picola, w naroznum domu pryz Mariahilfe-strase w poblizu Kunsthistorisches Museum"

c.d nastapi...

To niesamowite! Krzycze w duchu i czytam do konca rozdział, którego akcja dzieje sie w budynku pod, którym niemalże siedze. Gdzy dobiega konca biore ksiązke pod pache i popijając polską - biedronkową maslankę - powolnym krokiem tchnąc radosc z kazdej chwili - ide pod okna Cosa Picola. Oglądam budynek z kazdej strony, odnajduje klatke schodową o które pisała Panna Flog i waham sie czy zadzwonic dzwonkiem. Zadzwonie i co powiem? Czy mogłabym zobaczyc mieszkanie? Bo 100 lat temu zyła tu pewna projektantka, jedna z wielu kobiet klimta? Nie to bez sensu. Nie z moim angielkim, po polsku było by mi trudno:P Postanawiam wrócic tu nastepnego dnia i skorzystac ze znajmosci niemieckiego moich znajomych... Siadam na murku, pod oknami pracowni Emil Flog wypijam do konca moją energetyzującą maslanke i postanawiam iść dalej.

Zmierzam w strone - budynku secesji wiedenskiej, obchodze go z kazdej strony, oglądam uważnie. Dziecko Józefa Olbrich-a. Jest interesujące kwadratowe ukoronowane - "złota kapustą"-jak pisali złosliwi krytycy szydząc z awangardowej ozdoby - ułozonej z lisci laurowych. Budynek jets prosty - ma przypominać grecka swiatynie. Budowany z zamiarem - stworzenia sankturaium dla wszytkich tych, którzy zapragną nowej sztuki! Powiew swierzosci - z jakiego rozmachem została zbudowana jest tu do dzis zauwazalny.. Nie wchodze do srodka, jest równiez zamkniete... wpadne tu jutro.

Ide dalej w srone Nachmarktu, pragne poczuć na własnej skórze miasto. Wydaje mi sie, ze nigdy nie jest to równie osiagalne jak - na targu, idąc przez tłumy ludzi, mozna choc na chwile poczuć sie częscią tego tyglu ras i narodowości. Ide długą scierzką miedzy straganami, ogladam ludzi pałaszujących posiłki w knajpkach i barach szybkiej obsługi, patrze jak jedza i co jedza... czuje tysiace zapachów, które mieszają sie z sobą tworzac zadziwiającą woń. Słucham tego jak mówią, nie staram sie rozumiec, przygldam sie tylko ich mimce odczytuje emocje.. Ide spacerowym, powolnym krokiem wdycham to zabawnie słodkie powietrze i napawam oczy widokiem kolorowych chust, swieczek, czajniczków, wełnianych czapek i kolorowych paciorków sprzedawanych przez azjatów..  gdy dochodze do konca - jednego z dwóch równoległych torów targowiska, moim oczą ukazuje się rząd cudownych - secesyjnych kamienic, których gorączkowo poszukiwałam tego lata.

                    

Stoje niemogąc złapac tchu -sledze wzrokiem kazdy listek, biegne wzdłuż pnączy... z uwagą ogladam wszytkie okna "Majolikowy dom" stoi niezmiennie jak przed stu laty - tak jakby tyle co wybudowany przez Otto Wagnera... Kamienice są piekne to nie podlega dyskusji. Otwieram moją biblie na dzisiejszy dzien, biografie klimta, czytam kilka zdan na temat secesyjnych kamienic przy Linke Wienzeile i ide dalej. Postanawiam isc przed siebie az mi sie nie znudzi, az nie stwierdze, ze mam dosc i poraz zawracać.

Maszeruje tak, fotografując wszystko co mi sie spodoba architekture, stylowe rowery, stare sprzety, plakaty reklamowe, interesujace witryny, ludzi, grafitii i stare samochody.. wszysko co przyjdzie mi do głowy. co w jakis sposób przykuje moja uwagę. Cwiczev warsztat. Jednoczesnie oszczednie pstrykam zdjecia, chce uniknąc fotek-idjotek, ucze sie szacunku do klatki zdjeciowej jak przy fotografii analogowej, gdzie kazdę pstrykniecie miało znaczenie...

Zataczam krąg, az wracam spowrotem do Naschtmarktu, gdzie spotykam wesołych handlarzy, którzy zaczepaija mnie wołajac zabawnie "dzin dobry" bądz tez " dobryje dzien" albo pytaja: "czeszka?" Bawi mnie to niezmiernie, smieje sie i rozmawiam z nieznajomymi, którzy próbują swoich sił w polskim jezyku i czestują mnie swoimi towarami- a ja rozmawiam z nimi łamaną angielszczyzna i tłamcze skad jestem i po co przybywam:)

               

Rozbawiona, ruskami, bułgarami i turkami - ide tam gdzie nogi mnie zaniosą, usilnie próbuje zgubic sie w tej stolicy cudów lecz po chwili stwierdzam, ze to niewykonalne, gdzieklowiek nie pójde albo juz tam była, albo widze z tego miejsca - jakiś wielki obiekt który wznosi sie nad mistem - i wzgledem , którego mozna z łatoscią wyznaczyc azymut na jakąkolwiek stacje metra.. Docieram do Karlsplacu - gdzie po raz kolejny spotykam sie z Otto Wagnerem i jego twórczoscią - zaprojektował on bowiem sieć stacji metra na terenie całego miasta, kazda z nich jest inna, ma swój indywidualny charakter i styl. Wszytkie łaczy wspólna dekoracyjnosc i motywy secesji - jednak nie przeszkadza to kazdej z osobna pozostac swoimstym idywidum.

            

Zasiadam wygodnie w parku, na metalowej ławeczce z widokiem na bazylikę, techniczny uniwersytet i stacje metra. Wyciągam ksiązke i cytam o wszytkim co dzis widziałam i co bede mijac na swej drodze w najblizszych dniach. Znwó spotykam sie z kilmtem w jego bajecznie kolrowym swiecie z pogranicza dwóch epok... I dopiero chłód przenikający na wskros moje ciało budzi mnie z tej chwili zapomnienia.

Pakuje sie wiec do metra i odjeżdzam, zamyslona zapominam skakowac biletu, co staje sie pretekstem by wysiasc wczesniej z metra i przespacerowac sie trzy przystanki. Wysiadam na Moscie Pokoju - podziwiam kolejną stacje metra i powolnym krokiem przez alejkę suto wyscieloną zólto- zołymi liscmi zmierzam w strone mieszkania w 20 dzielnicy. Alejka jest bajeczna, biegnie tuż nad szemrzacym cicho Dunajem, nad którym maluje sie wyrastajaca jak basniowy zamek - Spalarnia śmieci, która bardziej niz - spalarnie przypomina Fabrykę Czekolady.

Wieczorem daje sie porwac na Świateczny Targ, na którym popijam pącz i próbuje pierwszy raz w zyciu smarzonych kasztanów, dookoła nas roztacza sie swiateczna, wesoła, pachnąca piernikiem i gorącą czekoladą ciepła atmosfera.. i tylko podswiadomie zal mi, ze tak piękne swieta, mozna sprowadzić do tak wyrachowanej - ciągnącej sie przez ponad dwa miesiace nieustannej konsumcji.. W drodze powrotnej odwiedzamy uniwersytet, na kilka minut solidaryzujemy sie z buntowniczymi studentami, którzy oblegaja aule juz od miesiaca..

Zmeczona i radosna- padam na twarz ze z meczenia- plan na jutro Kunsh Historishes Museum

 

 

10:26, awangardastyle , z podrózy
Link
sobota, 14 listopada 2009

Równiuteńki tydzień temu, spontanicznie zadecydowałam, ze pragnę jak niczego na świecie - w tym momecie, zostać sfotografowana. Na me prośby i nagabywania - zareflektował, jaworznicki fotograf - Dariusz Golik.

Sesja była plenerowa, zamówilam wczesniej wysmienitą pogodę i taka własnie była. Bezchmurne niebo - słoneczko bardziej wrzesniowe niż listopadowe, pozwoliło mi nawet rozneglizować sie do samej tuniczki. I w stroju dzikiej pantery hasać z radością małego dziecka po drzewach i wielkich kamieniach:)

Bawiłam sie absolutnie fantastycznie. Pozując, Hasając i dyskutując o sztuce wspólczesnej, podejściu do fotografii i nie ukrywajmy - wysłuchując licznych repremend na temat własnej twórczości. Absolutnie nie obrażm się, wręcz przeciwnie jestem szalenie wdzięczna Darkowi, za liczne wskazówki i ten nowatorki powiew jakim na chwilke miałam okazje się zachłysnąć.

Efekty naszej pracy są ciekawe, zdjęcia inne niz zawsze i ja sama na nich róniez jakby troszke odmienna.

Mam swojego rodzaju awersje do zdjęć na torach, nie czarujmy się, są oklepane. Ale tutaj bardziej chodziło - o obiekt jakim jest cud architektury złotego wieku - prl-u -> Stalowy Wiadukt.

Zachecam do wspólpracy z Panem Golikiem - wszystkie panie, które życzą sobie spojrzeć na fotografie z strony bardziej eksperymentalnej, artystycznej, niszowej? Poprostu innej.

A oto ja :

awangarda nancy irving jessika kaczmarczyk

 

nancy irving

02:08, awangardastyle , Nancy Irving
Link
poniedziałek, 02 listopada 2009

W ostatni weekend z rana - miałam wielką przyjemność wykonać sesję Karolinie. Z okazji jubileuszu jaki obchodziła z swym mężczyzną - chciała podarowac mu siebie w kilku odsłonach:) Oto efekty naszej pracy:

a zakochanym życze wielu lat szczęscia:):*

10:18, awangardastyle
Link

Drodzy czytelnicy.. ostatnio pochłonął mnie wir pracy, robie kilka rzeczy na raz, jednka w calym tym motłochu - musiałam znależć czas dla spraw priorytetowych - czyli prac zaliczeniowych m. in z cudownego przedmiotu jakim są Nauki Pomocnicze Historii - gdzie jedną z misji koniecznych do wykonania by uzyskać porządane zaliczenie jest stworzenie drzewa genelaogicznego własnej rodziny.

No cóz - bajeczna sprawa, z tym, ze nie wystarczy wiedzieć kto był naszym prapra dziadkiem ... trzeba jeszcze mieć na to dowód. No własnie! i tu zaczynają się schody drodzy panstwo! O ile jeszcze ów prapra - dziadek - istnieje w dokumentach ukrytych w domowym archiwum, gdzies za zapomniamyn segregatorem w piatej szufladzie od góry po prawej.. tak juz praprapradziadek, którego imię nawet moja babcia pamięta jak przez mgłę - w domowych dokumentach niestety się nie ujawnia.. Wówczas musi człowiek wziąść sie w garść i ruszyć na zwiady po ciotkach i wujkach..a gdy i tam ów przodkowie nie maja swego potwierdzenia. Trzeba odwiedzić dzielnicową parafie, gdzie wiatr chula przez nieszczelne okna, a księga parafialna - jest na tyle czytelna, ze człowiek chwali pod niebiosa - umiejetnośc czytania hierogilifów i swe podstawy łaciny! Dobrze tez w takie lisopadowe noce - mieć przy sobie starą przyjaciólkę z dziecinstwa, która dostrzeże - to czego krótkowidz nie zobaczy:D

Eskapada do dzielnicowej parafi - pozwoliła mi wyciągnąć z łona zapomnienia trzy nazwiska moich przodków i potwierdzić istnienie sześciu innych.

Jestem w połowie drogi - mojej walki z ciemnościami zapomnienia jakie zawisły nad genelaogia mojej rodziny. Nie ukrywam, ze pragne ze wszystkich sił udowodnić swe szlacheckie pochodzenie:D Ów moja prababka od strony mojego tatusia - nosiła przepiękne nazwisko będąc z domu - Bobrycką, jak rodzinna legenda głosi posiadała dworek w Dażlubiu, (gdziekolwiek by to było). 

W czwartek czeka mnie kolejna ekapada - tym razem do osciennej dzielnicy, której ksiegi parafialne siegają jeszcze dalej. Plan jest jak zawsze abitny - siegnąc przełomu XVIII / XIX wieku - lecz co z tego wyjdzie? Postanowiłam, ze sama nie odpuszcze. Przeszkodą moze być tylko niechęc urzędnicza i zapora prawna.

Kilka dni temu, pełna zapału odpisałam numery telefonu do parafii pomorskich i pełna entuzjazmu opowiadałam księża przez telefon o swej koniecznosci odszukania przodków. Nie ukrywam, ze niewielu wyraziło szczerą chęc pomocy, powiem więcej - kilku nawet szczerze mnie ofukneło - zwracając mi uwage, ze przede wszytkim muszą wypełniac obowiązki duszpasterskie a nie grzebać się w jakiś pogniłych papierach! Co dziwne nie wyrazili też chęci - wpuszczenia mnie do własnych archiwów parafialnych... Dobrze, że wczesniej zapytałam.. przykro by mi było gdybym przebyła trase 660 km i pocałowała klamkę plebani w Strzelnie. Nie poddałam się jednak, zawsze jest alternatywne zródło! Zadzwoniłam  do urzędu miejskiego w kilku powiatach pomorskich i tam wreszcie znalazłam pierwszą zyczliwą mi istotę! Pewien Przemiły Pan wyraził chęc przerzucenia kilkunastu tek z aktami zgonu - zeby odnależć moich praprapra-dziadków niemieckiego pochodzenia. Rozpaliło to mój kaganek nadzieji !!

Jesli uda mi się wykonać misję zgodnie z planem - i odnajde zapomniane korzenie mojej rodziny, zajmę sie tym zarobkowo. To cudowna sprawa, móc zagłębiać sie po brzegi w historii, czuć zapach starych pożókłych, lekko stechłych kartek i borykać się z trudnosciami, by na koniec wyjść zwycięsko z walki z ciemościami historii. Podejmując tą misje czułam się troszkę Don Kichotem z Manchy teraz wiem, ze to mylne uczucie... bo to nie walka z wiatrakami, lecz walka o szczytny cel, o pamięc przodków i własną tozsamość. Juz nie czuje się Błędnym Rycerzem - lecz historykiem z krwi i kości. Larą Croft w hatowanej spódnicy!

 Nancy Irving - dziś bardziej historyk niz ktokolwiek inny.

10:16, awangardastyle , Pani Historyk
Link

Dwa tygodnie temu miałam wielkie szczęscie - tanczyć az po blady świt na rodzinnym weselu. Było absolutnie cudownie! Jednak zauważyłam, że śluby mimo swego radosnego charakteru mają w sobie nutkę żalu. I mnie serce zakuło na myśl, ze mój niewiele starszy odemnie wujek - z którym bawiłam się w dzieciństwie, staje dziś na ślubnym kobiercu - i tym samym potwierdza niepokojącą myśl rosnącą od dłuszego czasu w głębokich warstwach podswiadomości - myśl o dorastaniu.. Im wiecej mam lat tym mniej czuje się dorosła. I mnie chce być dorosła. Gdy patrzyłam jak młoda para - wypowiada sakramentalne tak - stryj szpnął mi do ucha : " no młoda, teraz na Ciebie czas"... W sumie nie ma w tym nic zaskakującego, moze jedynie moje wewnętrzne nieprzystosowanie jest tu zadziwiające. Czas płynie jak wariat do przodu pre na oslep nie bacząc na nic.. a tu tak bardzo człowiek chciał by choć na chwile wcisnąć małą pause :) mieć te 18 lat przez kolejne 10 lat z rzędu..

Po zą smutna refleksją  - bawiłam się przednio.. pląsając  nie zawsze w ryt:) Ale czy to ważne? Nie trzeba być we wszystkim perfekcjonistą - a za upojna pełną uśmiechu taneczą noc dziękuje mojemu parterowi:)

Najlepsze zyczenia dla Młodej Pary:* Oby wasza nowa wspólna droga była pełna Słońca i wzajemnej Miłości.

08:56, awangardastyle
Link
środa, 21 października 2009

uniwersytet ślski uś dziecięciolecia dwudziestolecie między wojenneDzwudziestolecia? Jakie? A takie jak np - Międzywojenne czy też Najnowsze nasze nie śmigane jeszcze - nie powszechne i nie popoluarne - dwudzestolecie 89'- 2009 -> to dwa cenzusy czasowe wokół, których toczyły się dyskusje - przez dwa ostatnie dni na moim uniewrsytecie. Z całej Polski zjechało się mądrych głów co nie miara.. I rozprawiali na tematy róznorakie, paneli dyskusyjnych było kilkanascie - przez kosciół, autonomie śląską, kulturę i sztukę po zagadnienie najnowszej polityki.  A wszystko po to by - podsumować mijające właśnie dwudziestolecie przemian, nowej RP - i ukazać analogie pomiędzy dwoma 20-leciami.

Czemu o tym pisze? Bo przypadło mi w udziale sfotografować te wydarzenia. MYśle, że ten debiutujący epizod w mojej radosnej twórczości - będzie jednoczesnie finiszującym moja karierę jako fotografa wydarzeń uniwersyteckich... Powiedzmy sobie szczerze, nie czuje klimatu:) Lubie szybkie akcje, kolorowe stroje, awangardowe zestawienia, mocne uderzenie stylem - a tu? No cóz bez szału. Nie wiele mozna zdziałać mając do dyspozycji jedną pozycję i monotonny, cykliczny bieg wydarzeń.

 

 

21:15, awangardastyle
Link
piątek, 09 października 2009

Męskie sesje zawsze są dla mnie problematyczne. Są ciekawym urozmaiceniem mojej pracy - jednak zawsze pojawia się cos niespodziewanego co utrudnia mi wykonanie zadania na czas... Teraz no cóz zawaliłam na całej lini. Za co mojego modela przepraszam - publicznie.

Nie ukrywam, ze zawaliłam z własnego niechlujstwa, nie bede się osłaniać plamą na obiektywie... i brakiem czasu. Proprostu przepraszam za opóznienie

Oto efekty naszej współpracy. Owocne efekty. Uwaga drohie Pani młody Ben Aflec atakuje:

Buzka :*

zapraszam Panów na sesje zdjeciowe

19:00, awangardastyle , Sesje Zdjęciowe
Link
czwartek, 08 października 2009

Za pomocą portalu maxmodels - otrzymałam dzis cudowną propozycję: (poniżej zamieszczam jej treść)

"CLUB QUEENS w Gliwicach zaprasza do współpracy!!!
Jeżeli chciałabyś zostać tancerką GO-GO w ekskluzywnym clubie, zacząć beztroskie i finansowo uniezależnione życie ,  zarabiając 10 tysięcy złoty miesięcznie, teraz masz do tego okazję.
Oferujemy najkorzystniejsze warunki w kraju!!!
więcej info na www.us5.pl , lub podaj swój numer telefonu ,
skontaktujemy się z Tobą .
pozdrawiamy i zapraszamy"

Dobrej nocy życze:)

00:25, awangardastyle
Link
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13