z podrózy

niedziela, 22 listopada 2009

Gdy docieram na pierwsze piętro, przed moimi oczyma ukazuje się wielka, doskonale oświetlona sala, której wnętrze jest zupełnie puste. Obchodzę ją kilka razy, wyglądam przez monstrualne dwu-skrzydłowe okna i udaje sama przed sobą, że podziwiam francuski ogród, na który z miejsca w którym stoję roztacza się niczym nie zmącony widok. Udaje, że podziwiam-  bo w rzeczywistości, błądzę myślami po salach, walczę sama z sobą . Toczę bój z lękiem jaki na nowo mnie ogarną, panicznie boje sie rozczarowania... Kilka minut stoję tak, jak słup soli i wpatruje się w symetryczne alejki, kunsztownie przyciętych żywopłotów, gdy podniecenie opada decyduje się iść dalej.

Idę w prawo, przecinając piękne, oświetlone porannym słońcem zamkowe komnaty - pełne dzieł wielkiego formatu. Rzucam przepraszające spojrzenie Egonowi Schile i Oskarowi Kokoshce i idę dalej. Gdy przekraczam kolejny próg - ogromnych 4 metrowych drzwi - przed moimi oczyma - ukazuje się On! Zamknięty w szklanej klatce - do złudzenia przypominającej akwarium stoi samotnie na środku sali, wyraźnie wywyższony ponad innymi. Nie jest jednak jedynym obrazem Klimta w tym pomieszczeniu, wszystkie pozostałe ściany zdobią pomniejsze jego malowidła.

Komnata jest spora. Ja stoję krótką chwilę w progu, po czym niepewnie siadam zaraz przy wejsciu na wyścielanych czerwonym aksamitem, iście królewskich krzesłach o drewnianych pokrytych brązową bejcą, rzeźbionych nogach. Siedzę tak w bez ruchu i szczerze nie wiem co zrobić. Myślę, że ten paraliż umysłowo-ruchowy trwał dobrych parę minut, bowiem gdy się ocknełam, pani ochroniarz wpatrywała sie we mnie dziwnym, lekko zaniepokojonym wzrokiem.

Siedziałam - tak na tym krześle pod oknem, tuz obok wejścia - a po przeciwnej stronie sali w odległości jakiś 20 metrów wisiał "Pocałunek" Gustawa Klimta. Nie miałam odwagi podejść. Postanowiłam, raz jeszcze przejżeć wszytkie opracowania jekie z sobą zabrałam. Tak więc z właściwą sobie gracją, wysypałam wszytkie książki na wykładane aksamitem siedzenie tuż obok.. i powoli wczytywałam się w opinie historyków sztuki, biografów i amatorów. Na koniec wziełam raz jeszcze do ręki "malowany pocałunek" i przeczytałam kilka kolejnych rozdziałów, w których Gustaw maluje, opowiada o treściach jakie pragnie zawrzeć w tym nurtującym go od dłuższego czasu motywie, a także o wystawie i odbiorze dzieła przez twórców Malarzowi współczesnych. Przerzucając kolejne kartki, co jakiś czas kontrolnie podnoszę głowę i spoglądam na obraz, weryfikuję każde kolejne zdanie tekstu. Widze dokładnie, twarz kobiety i barczystego mężczyznę silnie obejmujacego ją swoim ramieniem.

Gdy przeczytałam juz wszytko - co tylko mogłam na temat obrazu i jego interpretacji schowałam opracowania.  Wyciągnełam tylko cienki, 32 stronicowy, kratkowany zeszyt i patrząc na obraz zaczęłam notować wszytko co przyszło mi do głowy. Pisałam nieskładnie i brzydko, spiesząc się by żadna myśl nie uleciała mi w eter... Pisałam równoważnikami zdań, w które trudno było mi upchać wielokrotnie złożone, zawiłe konstrukcje myślowe jakie z chwili na chwile impulsywnie nawarstwiały się w mojej głowie.

pocałunek klimta gustaw klimt secesja emile flog

Zastanawiałam się uporczywie co tkwi na tych kilku metrach kwadratowych pokrytych kilkudziesięcioma warstwami farby i złota czego by nie było na innych obrazach?

Czym zasłużył sobie "pocałunek" na taką sensacje, jaką stał się faktycznie na wystawie secesjonistów w roku 1908 ?  co sprawiło, ze sama Emil Flog dopchała sie do obrazu dopiero pod sam koniec wystawy, podczas, której tłumy nie odstępowały go na krok. A przede wszytkim niezmiernie zastanawiam mnie co spowodowało, że w sto lat po pierwszej prezentacji dzieła, obraz ten bije rekordy popularości ? Dlaczego właśnie jego reprodukcje  zdobią filizanki, kubeczki, kalendarze, notesiki, piórniki, zastrugaczki, zapałki i zapalniczki, popielniczki, zasłony, świeczniki, pudełka, pozytywki a nawet (o zgrozo!) uchwyty do papieru toaletowego i mydelniczki...Nie mówię już o tandetnych kolczykach, broszkach i naszyjnikach ozdabianych klimtową reprodukcją.

Siedzę tam i zastanawiam się jakie figle płata człowiekowi los. Jeszcze rok temu, szczerze nienawidziłam Klimta z całym jego " tandetnym złotym polotem" . Nienawidziłam go za -to, że był wszędzie, nie można było spokojnie wyjść z domu by nie natknąć sie na jakiegoś pożal się Panie Boże, śmierdzącego tandetą i brudnym złotem klimta. Odbijało mi się juz breloczkami i pocztówkami powielającymi dzieło Gustawa. W sumie - kultura masowa, wytarła sobie nim tyłek, spłaszczyła do granic możliwości, zdeformowała a następnie okleiła nim cały zachodnio-europekski świat, a biednemu Gustawowi, nieżyjącemu od ponad 90 lat oberwało sie po uszach.

Czy właśnie tego chciał tworząc Pocałunek?

Pocałunek jest alegorią miłości - ma pobudzać do refleksji. Niesie z sobą merytoryczny i aksjologiczny ładunek. Natomiast klimtowe dzieło w powielonej w setkach milionów egzemplarzy, niedoskonałej fromie stało się jedynie zdobnikiem, dodatkiem do czegoś czego stało się integralną cześcią. Nie niesie z sobą już żadnego ładunku emocjonalengo, przecież nie rozdrabniamy się na drobne przed okładką zeszytu. Nie analizujemy treści. Nie interperujemy gestów i składowych elemetów czegoś co otacza nas na codzień. To było by sprzeczne z naturą człowieka.

Patrzę na obraz Klimta i wiem, że nie dostrzegłabym w nim nic ponad to co widzi każdy inny, odwiedzający tą salę zwiedzający, gdybym nie przebrnęła prze lekturę "malowanego pocałunku". To ona przybliżyła mi sylwetkę Artysty, nadała mu ludzką twarz. Spełniła doskonale moje oczekiwania- pozwoliła choc na chwilę poczuć namiastkę jego świata.

Patrze na obraz i wiem, że obejmująca się para - w pierwotnym zamyśle autora, miała być autoportretem przedstawiającym Artystę w miłosnym uścisku z wieloletnią przyjaciółką Emil Flog. Autoportret ten byłby swoistą deklaracją -miłości malarza do sławnej projektanki. Sama Panna Flog - pozowała mu nawet do obrazu. Ostatecznie jednak Klimt nie odważył sie na taki krok, na kilka dni przed ostatecznym ukończeniem dzieła zmienił rysy twarzy kobiety, nawet jej dłonie zostały zmienione, a w ich miejscu pojawiły się skostniałe, wykręcone paraliżem palce Adel Bloche-Bleur. Barczysty, wysoki mężczyzna z obrazu - równiez w niczym nie przypomina, raczej niskiego, krasnalowatego malarza.

To kamuflaż, unifikacja. Autor zdawał sobie sprawę z tego, że tylko nierozpoznawalne postacie będą w stanie unieść na swych barkach - powierzone im zadanie i nieść przez wieki brzemię alegorii. Rozpoznawalne postacie - zmąciłyby przekaz, skupiając widzów na najpłytrzej swerze obrazu.

Patrzę zatem na obraz -jako alegorię miłości, najambitniejsze wyzwanie jakiego podjął się Klimt. Patrzę i widzę, że brak tu równowagi, ze krucha kobieta balansuje na krawędzi, podtrzymywana - jedynie dzięki silnym ramionom mężczyzny, który w przeciwienstwie do niej twardo stoi na kwiecistej murawie. To on decyduje o jej istnieniu. Z łatwością mógłby puścić kobietę a ona wówczas, przepadła by w ciemnościach ciagnącej się po prawej stronie dzieła przepaści... A mimo to ta krucha istota, ufnie oddaje sie w jego ręcę. Pełna wiary rozpływa się w jego pocałunkach. Jej mimika zdradza wszytko- jest zupełnie naga emocjonalnie, w przeciwieństwie do mężczyzny, którego poza doskonale maskuje jego emocje. Czy to przypadek, że Barczysty Czlowiek skrywa swoją twarz?

A nienaturalnie wykrzywiony kark? Gdyby to nie pędzel Gustawa dał życie temu mężczyźnie mogłabym podejrzewać artystę o brak znajomości ludzkiej anatomi, jednak tu jestem pewna, że to znak, trop do interpretacji. Dla mnie do symbol zwyrodnienia. Konieczność deformacji własnego ja, by móc dostosowac się do swego partnera. ..

Gdy udaje mi sie wyrzucić z siebie już wszytkie kotłujące się myśli. Czekam jeszcze chwilę, zarzucam torbę na ramię i powolnym krokiem podchodzę do obrazu. Staję przed nim i z ulga widzę, że nie przybyłam tu na marne. Kolory uderzają we mnie swą intensywnością, a złoto posiada najszlachetniejszy odcień - nie mający nic wspólnego z reprodukcyjnym mosiężnym odcieniem, przypominającym ruskie, targowe klamki. A tło? powala na kolana, w życiu nie widziałam takiego na żadnej z kart. Tło przypomina noc, czarną i złowrogą, rozswietloną milionem drobniutkich jak pył gwiazd. Stoje tak chwile i wyobrażam sobie wszystkie sceny jakie mogy dziać się przed tym obrazem przez te 101 lat dzielące mnie od powstania dzieła...

Póżniej odchodze cicha i zamyślona, plączę się jeszcze kilka godzin po bajecznie wystrojonych salach, w których nic mnie juz nie zachwyca. W ostatnim odwiedzonej przeze mnie pomiszczeniu, mieści się sklep z upominkami, z tysiącem wspomnianych powyżej reprodukcji. Spoglądam z żalem na obkupujacych sie w tych rozmaitościch japońców i życzę im w duchu, by kiedyś tu wrócili i mogli zabrać z sobą na pamiatkę tak pełne jak moje głębokie przeżycie.

Gdy wychodzę jest jeszcze jasno. Włóczę więc powoli nogami, po francuskich symetrycznych alejkach - barokowego ogrodu i zastanawiam sie uslinie, czy kiedyś bedę mogła z tak niezmąconą niczym ufnością oddac się ręcę mężczyzny...

 

23:15, awangardastyle , z podrózy
Link
sobota, 21 listopada 2009

To niesamowite, na co pozwalają nam udogodnienia XXI wieku. Jak błyskawicznie - możemy się przemieszczać z miejsca na miejsce... Wróciłam w piątek w nocy z Wiednia, a już rano - po 46 minutowej przeprawie autobusem lini J przemierzałam zakopcone katowickie ulice. Odwiedziłam zajeżdżający komuną wydział nauk społecznych, uczestniczyłam w dwóch równie nużących zajęciach z psychologii i pedagogiki, które z racji specjalizacji, którą obrałam - atakują mnie co tydzień - fascynującymi tematami o patologiach społecznych, samobójstwach i zwyrodnialstwach. Co nie ukrywam wpływa - zaiste wielce ożywczo na - poranny piątkowy nastrój.

W południe - realizowałam nowe fantastyczne - zadanie z nauk pomocniczych historii - polegające na - przerzuceniu wszytkich numerów Dziennika Zachodniego z II połowy 1952 w poszukiwaniu artykułów sportowych - z naciskiem na piłkę nożną.  Tak tez mi zeszło całe popołudnie, na czytaniu makabrycznych komunistycznych tekstów w zadziwiającym pomieszczenieniu, ukrytym gdzieś w katakumbach - biblioteki ślaskiej. Nagłówki  z czasopisma bombardowały mnie hasłami "NIE Skropiono Ulic przed zamiataniem! - MPGK juz nad tym pracuje" albo "Lustarcaja Pól Uprawnych - w poszukiwaniu Stonki Ziemniaczanej"... Makabrycznie blazujące psychikę zdania - uświadomiły mi jak odmienną rzecz - od tej , ktorą obecnie sie zajmowałam - robiłam jeszcze niecałą dobę wcześniej..

Spędziłam czwartkowe popołudnie - na realzacji jednego ze swych najświeższych marzeń - spotkaniu z Gustawem. Udało mi się:) Dotarłam do Zamku - zwanego Belwederem, gdzie kryją sie najszlachetniejsze austriackie zbiory. To był naprawdę fantastyczny dzień, słoneczny i ciepły. Wstałam rano zmęczona, po niemalże zupełnie nie przespanej nocy - ale prędko ocuciła mnie myśl; szybki jak błyskawica impuls :"dziś spotkasz Gustawa!" . Nie zerwałam się jednak na równe nogi, wręcz przeciwnie, ociągałam się jak nigdy, ciesząc słońcem i napawając samą świadomością czekającej mnie przyjemności.. Chciałam by ten stan błogiego niebytu roztaczał się w mej świadomosci jak najdłużej.

Gdy wysiadłam z metra, nie spieszyłam się wcale na tramwaj. Postanowiłam umilć sobie dzień do granic możliwości - obeszłam więc wszytkie cukiernie, w podziemiach stacji na Karlsplacu (a uwierzcie mi jest ich wiele) i nie licząc kalorii - zedecydowałam się na coś słodkiego, miałam tylko jedno kryterium: niech to będzie coś czego jeszcze nigdy dotąd nie jadłam. Ostatecznie wybór padł na jakiś zielony placek - prawdopodobnie z dyni, trójkątny i nieporęczny. Skazana na widelczyk, dłubałam powolutku w cieście, krocząc wolniutko w stronę przystanku. Tramwaj był stary, stylowy i nie ukrywam - szalenie spodobał mi sie od pierwszego wejrzenia. Prawdopodobnie nie było w  nim nic nadzwyczajnego, jednak - świat wydał mi sie jeszcze piękniejszy z szyb torowego pojazdu stylizowanego na XIX wieczny.

Nic na to nie poradze, że uwielbiam miasto o poranku, bez względu na to czy są to Katowice, Jaworzno czy Wiedeń.. Ubóstwiam ten czas gdy leniwe słońce, przytula delikatnie świat swymi ciepłymi ramionami. Lubię obserwować ludzi, rozespanych i nieporadnych, którzy jak dzieci po omacku, próbują się odnaleźć w nowo narodzonym dniu. Bawi mnie ich poranne rozdrażnienie, czuję nad nimi swojego rodzaju przewagę, mam to bowiem szczęście, że zostałam obdarzona darem - wstawania z uśmiechem na ustach. Nie mam pojęcia po kim odziedziczyłam taką przypadłość, ale nie mniej jestem za nią ogromnie wdzięczna... Może dlatego tak bawią mnie te jesienne poranki, kiedy mogę z pełną świadomością i szeroko otwartymi oczyma oglądać budzący się do życia świat, gdy tymczasem ludzie tuż obok, w autobusie jeszcze słodko drzemią bądź marudzą pod nosem.

Jechałam tak zadowolona, tramwajem lini D- przez budzące się do życia miasto, radosna i szczęśliwa, z sercem wypełnionym po brzegi  nadzieją - na przeżycie prawdziwej duchowej ekstazy...

Gdy dotarłam na miejsce i stanęłam przed frontowym wejściem do Belwederu - opusciła mnie błogość, poczułam strach.  Tak jak zawsze, na chwilę przed realizacją marzeń powstrzymuje mnie dziwny lęk, który każe mi się zatrzymać i zastanowić, czy naprawde tego chce? A może to nie jest dobry dzień? Może innym razem? A co jeśli się rozczaruje? Nie doświadczę tego czego szukam? Spotkam się z wyblakłym kolorem i spłaszczoną perspektywą? Co jeśli nie znajdę głębi...

Zalało mnie z nienacka to morze niepokoju. Stałam jak mała dziewczynka, przed wielkim Barokowym Zamkiem, który rzucał na mnie złowrogi cień. Poczułam się jak postać z kresków. Oczyma wyobraźni zobaczyłam siebie jak stoję taka mała, bezradna - kreskówkowa, pokraczna niczym Bany Cukino z wielkimi jak brukselki oczyma, pokryta tym monstrualnym cieniem, który okrył mnie całą jak lodowy płaszcz. Zimny dreszcz przebiegł po mych plecach. Ocknełam się. I już  po chwili wolna od z tych dziecinnych wizji, wraz z napływem nowych sił - wpadłam jak burza do kasy, prosząc " one ticket for a student" .. i pobiegłam na oślep korytarzem w prawo.  Liczyłam na instynkt, ambicjonalnie bez przewodnika - chciałam odnaleźć Klimta sama..

Znalazłam się w pieknie zdobionej barokowo sali, której przepych był przytłaczający. Dookoła mnie znajdowały sie same - religijne motywy. Szybkim krokiem przeszłam dwie kolejne sale, czując wzrastające napięcie... Malarstwo sakralne, jakkolwiek piękne, estetyczne, alegoryczne i mistyczne by nie było - nie przemawia do mnie!

"Nie! nie zniose tego.."- pomyślałam w pewnym momencie, widząc jak maluje sie przede mną kolejne pięć pomieszczeń równie zdobnych, pompatycznych i przeładowanych sakralnymi obrazami, które tak koszmarnie gryzą sie ze sferą profanum emanujacą z bogactwa wspomnianych pomieszczeń. Odwrociłam się na pięcie i wybiegłam...

W głównej sali, obok kas zaczepiłam ochroniarza, porzucając wizje samotnych poszukiwań- zapytałam "gdzie jest Klimt? " - a on uśmiechnął sie i pokazał palcem do góry - "You must go up on stairs , lady" ... nie trzaba mi było dwa razy powtarzać:)  trzydzieści sekund pózniej z wypiekami na twarzy, zdobywałam szczyt tych niebotycznych, rozlazłych na wszytkie strony rokokowo- ociekających złotem, marmurowych schodów. Czułam, że jeszcze tylko kilka ścian dzieli mnie od "Pocalunku"...

cd. nastapi

17:30, awangardastyle , z podrózy
Link
czwartek, 19 listopada 2009
wtorek, 17 listopada 2009

Zgodnie z Planem - odwiedziłam dzis Kunst Historishes Museum. Nie powaliło mnie na kolana, Nie zawyłam do ksiezyca... nie doswiadczyłam rozbicia na drobny pył. Odwiedziałam KHM z rozsądku, z potrzeby zobaczenia chociaz raz w zyciu takich klasyków jak Peter Brougel Starszy, Canaletto, Caravaggio, Diego Valazgues, Durer, Rubens, Rembrant i Vermeer. Chciaz tak naprawde do KHM - przygnał mnie gustaw, którego freski na sufitach zdobią sale z eksponatami pełnymi antycznych zbiorów - gromadzonych skrzetnie przez wieki za sprawą Habsburgów.

 

23:09, awangardastyle , z podrózy
Link

 

Za mną dłuuugi, bogaty w wrażenia dzień. Wczoraj wieczorem - zapakowałam walizkę i wyruszyłam o 18 w podróz do Wiednia.
Pakowałam sie przez cały dzien, nie poswiecajac na tą czynność jednorazowo wiecej jak 30n sekund.. i tak uzbierało mi sie w koniu całe wyposarzenie. Torba była szalenie ciezka. Wziełam z soba tylko kilka rzeczy, za to wina, polskie prawdziwe jedzenie, i ksiazki o malarstwie robiły swoje..
W biegu załadowałam latarkę do ręki - i w wpakowałam sie do busa, który zajechał pod dom zadziwiająco punktualnie. Siedziałam z tyłu między pólspiacym mężczyzną a całkiem spiącą kobietą. Z moja mini -latareczką swiecącą obleśnym jarzeniowym switłem wpadającym w niebieski koloryt, oswietlałam kserówki tekstów o reformacji w Niemczech i odrażającej wojnie chłopskije.. wytrzymałam pól godziny, przleciałam kilkanascie stron, pobierznie zaznaczyłam obszerne partie tekstu i z premedytacją zasnełam. Obudziłam sie własciwie na miejscu. Jak przez mgłę pamietając dwa postoje. opatulona swetrem z komórka kurczowo zacisnięta w dłoni przespałam całe 5 godzin. Na miejscu - gdy kierowca wyrzucił mnie na austriacka ulice - poczułam sie jak baba z targu - z pięcioma tobołami. Przeklinałam w duszy swą nieumiejętność pakowania , a moze własciwie - powstrzywania sie od zabierania wszytkiego co "mogłoby się przydać" . Na miejscu przywitali mnie ciepło moi przyjaciele. Otworzyliśmy prędko buteleczkę winka i szybko wymienialiśmy się informacjami, jak to maja w zwyczaju ludzie, którzy lubia mówić, dużo mówią i rzadko, albo zbyt rzadko się widzą:)
O trzeciej nad ranem niepochamowany słowotok mój i mojej Martuchy - pochamował się a ja - uswiadomiłam sobie, ze jestem jedna ręką w nocniku..

 


Przedemną Referat - który już za 6 godzin ma być przeczytany na zajęciach. Martucha poszła spać a ja? Przeklinając na głos jak szewc całą reformacje i piepszonych chłopów, którym zachciało się buntować - a także siebie za swoje złe zorganizowanie... zaczełam pisanie.Pisałam i pisałam. Az dotrwałam do końca - o 6, 18 referat był gotowy. wysłałam go -mejlem i zasnełam w obraniach, owinieta szalikiem z kołdra zasłaniającą głowe sniłam jakies koszmary - dopuki z tego obrzydliwego letargu nie wyrwał mnie budzik o 9, 11. Przeciagnełam sie spokojnie, doprowadziłam do porządku i wypiłam z Marcią poranną kawkę. O 11 poinstruowana co do trasy, przesiadek i bezpieczeństwa, zostałam wsadzona do Metra i rozpoczełam swą samotna podróz w głąb literackiego świata.

...

Ide powolnym krokiem do Kwadratu Muzeum, ogladam świateczną wioskę- która własnie zostaje rozbudowywana- pomiedzy dwoma bliżniaczymi Muzeami stojącymi naprzeciw siebie, między nimi na samym środku widze dumnie zasiadającą na tronie  Królową Marie Terese. Dla Niej czas okazal się łaskawy, jedynie zielonkawa patyna pokryła jej ciało, jej sylwetka nadala wydaje się równie energiczna jak za czasów swego panowania. Wziesona ku niebu prawa ręka sugeruje, ze królowa mimo upływu lat ciagle czuwa nad swoim miastem i jego mieszkańcami.

Usmiecham się do niej zdawkowo i odwracam na pięcie. No cóż Teresko, nie dla Ciebie tu przybyłam. Wyciagam z torby przepełnionej po brzegi ksiązkami o malarstwie, najwierniejszego kompana podrózy - Dyżka. Dyzio trzyma się mnie grzecznie, jak mały chłopczyk, kurczowo trzymając mojej lewej ręki.

Narzekam na dyskomfort - jakim napawają mnie skórzane rękawiczki, jednak to dla bezpieczeństwa. Przyjechałam do Wiednia, w samym środku Pandemii Świńskiej Grypy - byc moze jestem lekkoduchem, ale niewiele się tym przejmuje. 30 tys osób zachorowało w Austrii, w tym 10 tys w samym wiedniu, to sporo biorąc po uwagę, że w Polsce zalediwie 300 osób dosięgła ta nowa wirusowa infekcja.

 

Jednak starm się o tym nie myśleć. Nie! - nic nie zepsuje mi planów. Mojego wyczekiwanego urlopu od Polski, pracy, szarej codzienności i prozy zycia.

Zaraz za pomnikiem dumnej Marysieńki skręcam w prawo wprost pod frontowe drzwi Kunsthhistorishes muzeum kilkoma zwinnymi krokami wspinam się po jego wspaniałych, szerokich iście ksiązęcych schodach i z radoscią zapoznaje się z cennikami, tylko po to by 30 sek. pózniej uświadomić  sobie, że dziś poniedziałek...

i dzis każde muzeum w tej czesci świata jest prawdopodobnie zamkniete..

Ku mojemu zdziwieniu wcale nie jestem zła, pokrzyżowało mi to plany, ale tak naprawdę - napawa mnie to radością. Ostatnie miesiące nauczyły mnie , że nie warto planować wszystkiego od poczatku do końca, a juz przede wszystkim nie należy do własnych planów się przywiązywać.

Tak więc wolna, wyzbyta planu , siadam na ławce, przy ruchliwej ulicy Babenberger-strase, co przypomina mi o znamienitym rodzie szlacheckim, spokrewnionej z Habsurgami. Odrzucam jednak swiadomość historyczną, nie dla niej tu dziś jestem.

Siadam na drewnianej ławce, fotografuje ulice, obserwuje ludzi, tchne zycie miasta, zastanawiam sie dokąd idą ci ludzie?, skąd wracają? co dzis mają w planach..

Wiem doskonale gdzie jestem, za plecami mam budynek Kunshhistorishes Muzeum, a tuz obok niego  - Leopolds-Muzeum, gdzie czeka na mnie jutro obraz Muncha..,po mojej prawej ciągnie się najdłuższa ulica handlowa tego miasta - Mariahilfe-strase, trzy wielkie h&m, Humanic-i, Bat-y, C&A-itd Obchodzi mnie to dzis tyle co ta swiańska grypa, nie jestem tu dzis w roli konsumenta, zreszta ostatnimi czasy, żadko nim bywam.

Przyjechała tu dla pewnego mężczyzny..tak drodzy państwo.Przygnała mnie tu miłość do secesji, którą rozbudził we mnie tego lata Gustaw Klimt.

Przypadkiem wybierając sie tutaj w lecie, wstapiłam do biblioteki. Chciałam wziąść z soba ksiązkę, która pomorze mi poczuć miasto na własnej skórze, stać się jego częscią. Chciałam zostać wchłonięta bez reszty.. I udało mi się to, nie ukrywam zupełnym przypadkiem wybór padł na Klimta. Malarstwo nigdy nie było mi obce, kojarzyłam, ze ów Gustaw zył w Wiedniu, wiec poprosiłam jakąś biografie malarza, Pani przyniosła mi kilka egzęplarzy. Jedna z nich była zbeletryzowana - stwierdziłam, ze to kapitalne rozwiazanie, wiedziałam, ze nic lepiej nie pozwoli poczuć mi klimatu miasta niz powieść, której akcja toczy się w jego łonie.

Tak poznałam Emile Flog,projektantkę ubioru oraz całą bohęmę artystycznego półświatka wiedeńskij secesji, której przedstawiciele stali mi się bliscy jak przyjaciele.

Przez lekturę : "Małowanego Pocałunku" czułam  wiedeńska secesję jak nic doychczas. otworzyło to przedemną nieznane dotąd wrota - świata malarstwa i sztuki współczesnej, ogladane zgo z innej perspektywy, z inną swiadomością.

 

Dlatego własnie jestem tu dziś po raz kolejny, Dlatego wróciłam do tego niezwykłego miejsca - dla niektórych będącego stolica muzyki, dla innych mofantastycznej opieki socjalnej, dla historyków miejscem egzystencji dynsti Habsburskiej i sceną dla najważniejszych politycznych wydarzeń Europy okresu nowożytnego..dla mnie jednak to przede wszytkim miejsce gdzie zył i tworzył Gustaw. miejsce gdzie rozwijała się miłość Emil Flog i Klimta.

Chowam aparat i wyciagam na kolana ""Malowany pocałunek"

rozgladam sie dookoła i mam wrażenie, ze widze stąd , z mojej przypadkowej ławki okna pracowni Emil.

Otwieram ksiązkę na hybił trafił, bowiem w całym swym bezmyslnym szale - pochłonełam ją nie robiąc żadnych notatek. Staram sie teraz usilnie wpaść na trop - chce jeszcze raz literacko odwiedzić miejsce akcjii. Strzał w dziesiatkę, strona 217.. chłone szybko każdą literkę, kazde zdanie.. Emil jest narratorką opowiada:

"Wynajelysmy dwa pietra w Cosa Picola, w naroznum domu pryz Mariahilfe-strase w poblizu Kunsthistorisches Museum"

c.d nastapi...

To niesamowite! Krzycze w duchu i czytam do konca rozdział, którego akcja dzieje sie w budynku pod, którym niemalże siedze. Gdzy dobiega konca biore ksiązke pod pache i popijając polską - biedronkową maslankę - powolnym krokiem tchnąc radosc z kazdej chwili - ide pod okna Cosa Picola. Oglądam budynek z kazdej strony, odnajduje klatke schodową o które pisała Panna Flog i waham sie czy zadzwonic dzwonkiem. Zadzwonie i co powiem? Czy mogłabym zobaczyc mieszkanie? Bo 100 lat temu zyła tu pewna projektantka, jedna z wielu kobiet klimta? Nie to bez sensu. Nie z moim angielkim, po polsku było by mi trudno:P Postanawiam wrócic tu nastepnego dnia i skorzystac ze znajmosci niemieckiego moich znajomych... Siadam na murku, pod oknami pracowni Emil Flog wypijam do konca moją energetyzującą maslanke i postanawiam iść dalej.

Zmierzam w strone - budynku secesji wiedenskiej, obchodze go z kazdej strony, oglądam uważnie. Dziecko Józefa Olbrich-a. Jest interesujące kwadratowe ukoronowane - "złota kapustą"-jak pisali złosliwi krytycy szydząc z awangardowej ozdoby - ułozonej z lisci laurowych. Budynek jets prosty - ma przypominać grecka swiatynie. Budowany z zamiarem - stworzenia sankturaium dla wszytkich tych, którzy zapragną nowej sztuki! Powiew swierzosci - z jakiego rozmachem została zbudowana jest tu do dzis zauwazalny.. Nie wchodze do srodka, jest równiez zamkniete... wpadne tu jutro.

Ide dalej w srone Nachmarktu, pragne poczuć na własnej skórze miasto. Wydaje mi sie, ze nigdy nie jest to równie osiagalne jak - na targu, idąc przez tłumy ludzi, mozna choc na chwile poczuć sie częscią tego tyglu ras i narodowości. Ide długą scierzką miedzy straganami, ogladam ludzi pałaszujących posiłki w knajpkach i barach szybkiej obsługi, patrze jak jedza i co jedza... czuje tysiace zapachów, które mieszają sie z sobą tworzac zadziwiającą woń. Słucham tego jak mówią, nie staram sie rozumiec, przygldam sie tylko ich mimce odczytuje emocje.. Ide spacerowym, powolnym krokiem wdycham to zabawnie słodkie powietrze i napawam oczy widokiem kolorowych chust, swieczek, czajniczków, wełnianych czapek i kolorowych paciorków sprzedawanych przez azjatów..  gdy dochodze do konca - jednego z dwóch równoległych torów targowiska, moim oczą ukazuje się rząd cudownych - secesyjnych kamienic, których gorączkowo poszukiwałam tego lata.

                    

Stoje niemogąc złapac tchu -sledze wzrokiem kazdy listek, biegne wzdłuż pnączy... z uwagą ogladam wszytkie okna "Majolikowy dom" stoi niezmiennie jak przed stu laty - tak jakby tyle co wybudowany przez Otto Wagnera... Kamienice są piekne to nie podlega dyskusji. Otwieram moją biblie na dzisiejszy dzien, biografie klimta, czytam kilka zdan na temat secesyjnych kamienic przy Linke Wienzeile i ide dalej. Postanawiam isc przed siebie az mi sie nie znudzi, az nie stwierdze, ze mam dosc i poraz zawracać.

Maszeruje tak, fotografując wszystko co mi sie spodoba architekture, stylowe rowery, stare sprzety, plakaty reklamowe, interesujace witryny, ludzi, grafitii i stare samochody.. wszysko co przyjdzie mi do głowy. co w jakis sposób przykuje moja uwagę. Cwiczev warsztat. Jednoczesnie oszczednie pstrykam zdjecia, chce uniknąc fotek-idjotek, ucze sie szacunku do klatki zdjeciowej jak przy fotografii analogowej, gdzie kazdę pstrykniecie miało znaczenie...

Zataczam krąg, az wracam spowrotem do Naschtmarktu, gdzie spotykam wesołych handlarzy, którzy zaczepaija mnie wołajac zabawnie "dzin dobry" bądz tez " dobryje dzien" albo pytaja: "czeszka?" Bawi mnie to niezmiernie, smieje sie i rozmawiam z nieznajomymi, którzy próbują swoich sił w polskim jezyku i czestują mnie swoimi towarami- a ja rozmawiam z nimi łamaną angielszczyzna i tłamcze skad jestem i po co przybywam:)

               

Rozbawiona, ruskami, bułgarami i turkami - ide tam gdzie nogi mnie zaniosą, usilnie próbuje zgubic sie w tej stolicy cudów lecz po chwili stwierdzam, ze to niewykonalne, gdzieklowiek nie pójde albo juz tam była, albo widze z tego miejsca - jakiś wielki obiekt który wznosi sie nad mistem - i wzgledem , którego mozna z łatoscią wyznaczyc azymut na jakąkolwiek stacje metra.. Docieram do Karlsplacu - gdzie po raz kolejny spotykam sie z Otto Wagnerem i jego twórczoscią - zaprojektował on bowiem sieć stacji metra na terenie całego miasta, kazda z nich jest inna, ma swój indywidualny charakter i styl. Wszytkie łaczy wspólna dekoracyjnosc i motywy secesji - jednak nie przeszkadza to kazdej z osobna pozostac swoimstym idywidum.

            

Zasiadam wygodnie w parku, na metalowej ławeczce z widokiem na bazylikę, techniczny uniwersytet i stacje metra. Wyciągam ksiązke i cytam o wszytkim co dzis widziałam i co bede mijac na swej drodze w najblizszych dniach. Znwó spotykam sie z kilmtem w jego bajecznie kolrowym swiecie z pogranicza dwóch epok... I dopiero chłód przenikający na wskros moje ciało budzi mnie z tej chwili zapomnienia.

Pakuje sie wiec do metra i odjeżdzam, zamyslona zapominam skakowac biletu, co staje sie pretekstem by wysiasc wczesniej z metra i przespacerowac sie trzy przystanki. Wysiadam na Moscie Pokoju - podziwiam kolejną stacje metra i powolnym krokiem przez alejkę suto wyscieloną zólto- zołymi liscmi zmierzam w strone mieszkania w 20 dzielnicy. Alejka jest bajeczna, biegnie tuż nad szemrzacym cicho Dunajem, nad którym maluje sie wyrastajaca jak basniowy zamek - Spalarnia śmieci, która bardziej niz - spalarnie przypomina Fabrykę Czekolady.

Wieczorem daje sie porwac na Świateczny Targ, na którym popijam pącz i próbuje pierwszy raz w zyciu smarzonych kasztanów, dookoła nas roztacza sie swiateczna, wesoła, pachnąca piernikiem i gorącą czekoladą ciepła atmosfera.. i tylko podswiadomie zal mi, ze tak piękne swieta, mozna sprowadzić do tak wyrachowanej - ciągnącej sie przez ponad dwa miesiace nieustannej konsumcji.. W drodze powrotnej odwiedzamy uniwersytet, na kilka minut solidaryzujemy sie z buntowniczymi studentami, którzy oblegaja aule juz od miesiaca..

Zmeczona i radosna- padam na twarz ze z meczenia- plan na jutro Kunsh Historishes Museum

 

 

10:26, awangardastyle , z podrózy
Link
wtorek, 25 sierpnia 2009

02:00, awangardastyle , z podrózy
Link
czwartek, 30 kwietnia 2009

 

Nancy Irving była przedwczoraj za granicą, co prawda jedynie Czeską :) jednak zawsze jest to cos:) Miałam dzis okazje spróbowac swoich sił w plenerze i to nie fotografując ludzi a miejsca. Starałm sie uchywycić to co najmocniej intrygujące i charakterystyczne. Bacznie obserwowałam otoczenie i staram sie wyszukac cos co wyrazi klimat tego mejsca i próbowałam ując to w interesujący sposób co - nie ukrywam nie było dla mnie najłatwiejsze. Zajmuje sie bowiem fotografia mody fotografia miejska, industrialna, turystyczna to niemoj rewir...

Oto Cieszyn moimi oczyma:

oraz ludzie, moi mili śląscy historycy:)

(obiecałam wiec wrzucam:)

pozdrawiam księzycowo

Nancy Irving

19:16, awangardastyle , z podrózy
Link